O oswajaniu metra

Lubię metro. Muszę się jednak przyznać, że przez długi czas się go bałam. Bałam się na odległość i unikałam na wszelki wypadek. Odwlekałam wizyty w Londynie jak długo się dało, również ze względu na metro.
Wystarczyło popatrzeć na mapkę: ta plątanina skomplikowanych linii, te dziesiątki, a może nawet setki stacji. Przerażające bramki, automaty do zakupu biletów, karta Oyster… Byłam przekonana, że to mnie przerasta. Że nie dam sobie rady. Że się wygłupię, zbłaźnię i w ogóle.
Na szczęście jednak mój pierwszy raz nie był samotny. Pierwszy raz jechałam metrem w towarzystwie Londyńczyka, który pewnie jeździł nim wcześniej tysiące razy.
Jechaliśmy z Victorii – pewnie wielu Polaków swą pierwszą podróż metrem zaczynało na tej stacji. Do automatycznych kas biletowych – kolejka (zakładam, że na tej stacji to standard). W drodze na peron: tłumy. Wskazane trzymanie za ręce, żeby się nie zgubić (co czasami miewa swoje dobre strony – trzymanie za ręce oczywiście, a nie gubienie się w tłumie).
Na schodach ruchomych stoimy po prawej stronie: lewą stroną biegną ci, którzy się straszliwie spieszą i którzy stwierdzą później, że czekanie przez dwie minuty na przyjazd następnego pociągu to niemal katastrofa.
W środku tłoczno. Ale nie przeraźliwie tłoczno. Nie tak jak w tokijskim metrze: tu nikt nikogo na siłę nie upycha w wagonach.
A im dalej od centrum… Pociągi wyjeżdżają spod ziemi, zwalniają się siedzące miejsca… Nice… 🙂
Na razie „zaliczyłam” tylko kilka linii. Odwiedzałam Londyn w ciepłe, lecz nie upalne dni. Nie trafiłam na… zapachowe pułapki. Wprost przeciwnie: wszyscy raczej zadbani, pachnący. Najczęściej zapatrzeni w swoje smartfony, czasami w tablety, czasami w ekrany czytników e-booków. Bardzo często ze słuchawkami w uszach. Zaskoczyło mnie jak wiele osób czyta książki, takie normalne, staromodne, papierowe, nieporęczne książki.
„Metrowe” plany na przyszłość? Przećwiczyć używanie karty Oyster. Już teraz domyślam się, że daje ona większą wygodę i przyspiesza podróże – nie trzeba przecież stać w kolejkach po bilety. Ostatnio pojawiły się Oyster-bransoletki. Tutaj można podejrzeć jak wyglądają:
http://londonist.com/2014/08/crowdfunding-london-august.php
Wydają się całkiem gustowne i ułatwiają życie jeszcze bardziej niż sama karta. W końcu wszyscy wiemy jak to jest z kartami: portfel, w którym mieszkają zawsze jest na dnie torby dokładnie wtedy kiedy jest nam najbardziej potrzebny. Albo grają z nami w kotka i myszkę, chowając się po kieszeniach. Albo w ogóle gubią się i znikają na zawsze.
Tak wyglądały moje pierwsze chwile z metrem. Odnoszę wrażenie, że się polubimy. Zresztą to właśnie w metrze znalazłam cytat, który bardzo mi się spodobał: „I used to think that the worst thing in life was to end up alone. It’s not. The worst thing in life is to end up with people who make you feel alone”. Robin Williams

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *