Niestety, o jedzeniu nie da się krótko

Jedzenie jest dla mnie ważne. Nie najważniejsze – moje życie nie toczy się wokół kuchni. Zwłaszcza teraz, kiedy mieszkam sama. Co innego kiedy jest się z rodziną, z bliskimi. Wtedy przygotowywanie posiłków, a potem spotkania, rozmowy przy stole, są tym co spaja rodzinę. Trochę za tym tęsknię…
Z początku nie gotowałam w ogóle. Gotowanie tylko dla siebie, dla jednej osoby, wydawało mi się bezsensowne. Wcześniej to co przygotowywałam w jakiś sposób wyrażało moje uczucia, moją miłość do bliskich. Potrzebowałam ponad pół roku, żeby zacząć wyrażać ciepłe uczucia wobec siebie samej – gotując dla siebie.
Z reguły robię proste, szybkie makarony, więc chyba można uznać, że daleka jestem od samouwielbienia i nie kocham siebie bezkrytycznie. Jednak jakieś ciepłe uczucia wobec własnej osoby czasami przejawiam.
Ale tym razem nie o mnie i nie o gotowaniu. Będzie o jedzeniu, w innym jednak kontekście: różnic między Polską a Anglią. O kilku moich odkryciach i zaskoczeniach, czasami całkiem pozytywnych.
Jedno z moich pierwszych odkryć to czekoladki Turkish Delight. Wyglądają jak miętowe czekoladki After Eight: płaskie, kwadratowe. Jednak zamiast miętowego nadzienia mają pyszne nadzienie różane. Z filiżanką kawy są dla mnie najlepszym dopełnieniem deszczowego angielskiego popołudnia. Nie wiem czy są jakieś oryginalne Turkish Delight: ja znalazłam je pod marką własną w Tesco i Asdzie. Są zbliżone smakiem, ale chyba troszkę bardziej odpowiadają mi te z Asdy. W każdym razie całkiem dużo przyjemności za jednego funta.
Owsianka, czyli porridge. Wydaje się, że Anglicy faktycznie ją lubią i faktycznie ją jedzą – taką tradycyjną, „glutowatą”, na ciepłym mleku. W marketach do wyboru do koloru: cała masa najróżniejszych owsianek, z dodatkami lub bez, błyskawicznych lub tradycyjnych. Jeśli chodzi o mnie… lubię jej zapach, taki jakby lekko przypalony, smak też nie jest najgorszy, ale konsystencja… nie do przejścia.
Cup of tea – oczywiście z mlekiem. Są wyjątki, które piją herbatę bez mleka, ale to jednak wyjątki. No i niewątpliwie ilość spożywanej herbaty bije na głowę ilość wypijanej kawy. Rzeczywiście: Anglicy i ich cup of tea tworzą nierozłączną i niepodzielną jedność.

W marketach, supermarketach, w małych sklepach również, zatrzęsienie gotowych dań, wymagających jedynie podgrzania w mikrofalówce lub piekarniku. Niespecjalnie mi smakują. Są mdłe, bez określonego smaku, bez wyrazu, bez charakteru. Skoro jednak jest ich aż taki wybór, muszą sprzedawać się nieźle. Inna bajka to półprodukty: mieszanki sałat lub warzyw, które trzeba tylko doprawić, ziemniaki z masełkiem i ziołami, które muszą tylko „dojść” w mikrofali… Całkiem niezłe mrożonki. Ja osobiście zakochana jestem w mrożonej pieczonej papryce z Tesco. Podsmażam ją tylko na odrobinie oliwy, doprawiam po swojemu i… jestem w siódmym niebie).
Synonimem chleba dla Anglika wydaje się być chleb tostowy. Na pewno jest to chleb najczęściej kupowany. Chleby podobne do naszego polskiego – np. śródziemnomorski albo z jalapeno – można kupić w marketach. Za naprawdę niewielki zapłacimy 1,00 – 1,50 funta. Przy zakupach dla jednej osoby może nie jest to porażający wydatek. W wypadku rodziny koszty zaczynają być całkiem spore – zważywszy, że czteroosobowa rodzina na śniadanie, drugie śniadanie, kolację pewnie dziennie potrzebowałaby dwa lub trzy takie chlebki.
Odnoszę wrażenie, że część Brytyjczyków zaczyna szukać dobrego chleba. Zdarzyło mi się wydawać ich kupujących polski chleb w polskich sklepach. Podczas ostatniego Continental Market w Eastbourne spore wzięcie miało stoisko z pieczywem  (chlebem, bułkami, ciastami i ciasteczkami) z różnych europejskich krajów.
Jeśli chodzi o mięso to największą różnicę stanowi obecność baraniny. Lamb – bardzo popularna, bardzo lubiana. Chyba równie popularna jak u nas, w Polsce, wieprzowina. Wielu przyjezdnych nie przepada za baraniną. Ja jadam ją… czasami i bez wielkiego entuzjazmu. Może dlatego, że mój żołądek niespecjalnie przyjaźnie na nią reaguje. (Czyżby kwestia bycia nieprzyzwyczajonym do tego mięsa od dzieciństwa? To całkiem prawdopodobne, bo wiem, że nie ja jedna tak na baraninę reaguję.)
Wina… Naprawdę spory wybór w naprawdę niezłych cenach. I nawet nie trzeba być posiadaczem korkociągu: większość butelek ma po prostu zakrętki. Ja wiem: cóż to za wino bez prawdziwego korkowego korka. Ja wiem: dobre wino nie może kosztować 3 – 4 funtów. Ja naprawdę świetnie wiem co powiedzą „winni” puryści. I niespecjalnie mnie to obchodzi. Po prostu cieszę się z dostępności niezłych (przynajmniej z mojego punktu widzenia) win z całego świata w przyjaznych cenach. Wieczorami bywam więc czasami w Grecji, czasami w Chile. Zahaczam o Hiszpanię i Francję. Sporo czasu spędzam oczywiście we Włoszech. Raz czy dwa zahaczyłam o Bułgarię. Nieobca mi jest także Argentyna. Spędziłam także kilka pięknych wieczorów w Kalifornii. Acha – są też wina bezalkoholowe. Spróbowałam raz. Nie wiem, może nie wszystkie są takie, ale to, które kupiłam było raczej paskudne. Taki dziwnie niesmaczny sok jabłkowy.

W angielskich marketach znalazłam coś na co nigdy nie natknęłam się w Polsce. Wcale nie żałuję, że się nie natknęłam, bo to produkt, którego popularności nie mogę pojąć: chipsy z octem, o smaku octowym właściwie. I rzeczywiście – są kwaśne. Nie sądzę, żeby ten smak miał szansę przyjąć się w Polsce. My chyba wolimy inne smaki: pikantne albo słodkie. Kwaśny raczej nie jest na pierwszym miejscu. Choć z drugiej strony – kiszone ogórki i kapusta?… Rzecz chyba w tym, że to jakby inny rodzaj kwaśności.
Tutaj poznałam custard. To taki waniliowy krem, odrobinkę zbliżony do budyniu. Raczej podawany na ciepło, jako sos do ciast i deserów. Lubię i ubolewam, że do niskokaloryczności mu daleko.
Custard jest zresztą składnikiem pysznego deseru, mojego kolejnego odkrycia. To trifle – owoce, galaretka, biszkopt, custard i bita śmietana. ułożone warstwami. Najbardziej lubię ten najpopularniejszy, z truskawkami i galaretką truskawkową. Jest też trifle czekoladowy: z ciemnym biszkoptem i musem czekoladowym zamiast custarda.
Ogromnie popularne są punkty „take away”. Fish and chips, kebaby, pizze – na wynos, na dowóz. Wyglądają bardziej jak sklepy niż jak restauracje czy bary: nie mają stolików. Nie jada się tam, sprzedają wyłącznie na wynos lub dowożą jedzenie do klientów. Jakoś najwięcej wpada mi w oko tych tradycyjnych punktów, sprzedających fish and chips. Jeśli chodzi natomiast o tradycyjne restauracje, to bardzo dużo jest hinduskich. Mam wrażenie, że Brytyjczycy są zakochani w hinduskiej kuchni.Nawet niewielkie miasteczka mają swoje hinduskie restauracje. A niektóre nawet dwie.
Nie mogę nie wspomnieć o dwóch trendach, które zauważyłam i które wydają się zaprzeczać obiegowym opiniom na temat Anglików. Bo przecież każdy wie, że Anglicy to piwo. Może… Ja nie wiem. Bo kiedy dyskretnie zaglądam do koszyków w marketach widzę, że – jeśli chodzi o napoje z procentami – w nich przede wszystkim wino. Piwo?… Bardzo rzadko. Może rzecz w tym, że na piwo chodzi się do pubu, natomiast w domu pije się wino?…
Kolejna rzecz to Anglicy w polskich sklepach. Kupują polskie pieczywo, wędliny. Droższe, ale lepsze.
A więc może jednak Brytyjczyk z kieliszkiem wina, szukający pysznego, dobrej jakości jedzenia?… Hmmm… kto wie… może rzeczywiście…

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *