Stado

Większość z nas przyjeżdża tu sama. Może jest jakaś koleżanka, która powie: „Przyjeżdżaj, pomogę ci gdzieś się zahaczyć.” Może znajomy namawiający: „Mam dla ciebie robotę. Na co jeszcze czekasz?”. Ale z reguły nie ma nawet tyle. Przyjeżdżamy. Czasem praca na nas czeka. Czasem „w ciemno”, licząc na swoją szczęśliwą gwiazdę.
Z reguły nie jest źle. Pracujemy, rzeczywistość zaczyna się jakoś układać. Jest praca, pieniądze. Dla nas, dla bliskich, którzy gdzieś tam tęsknią. Nie jest źle.
Tak, oczywiście, tęsknimy. Ale przecież to wszystko jest „po coś”. Więc wytrzymamy. Samotne wieczory i święta. Puste łóżko. Samotne spacery. Czas odliczany od telefonu do telefonu. Wszystko w jakimś celu: żeby nam żyło się lepiej, żeby lepiej się żyło naszym dzieciom, żeby mieszkać w miejscu bardziej łatwym do życia i przyjaznym niż Polska. Żeby spłacić długi. Żeby kupić mieszkanie. Wszyscy przyjechaliśmy tu w jakimś celu.
Niektórzy tęsknią bardzo już od pierwszego dnia. U niektórych inaczej: tęsknota pojawia się dopiero po jakimś czasie i zaczyna rosnąć.
Czasami wydaje się nam, że niewiele za sobą zostawiliśmy, a jednak… Gdzieś tam zostało nasze stado, a tutaj jesteśmy sami.
Przed wyjazdem wielu z nas, prawie wszyscy jak się domyślam, usłyszeliśmy starą „prawdę”: „Tylko nie trzymaj z Polakami. Wystrzegaj się Polaków”. Jakoś tak się przyjęło, że rodacy na emigracji to wszystko co najgorsze i kontakt z nimi niewątpliwie musi się zakończyć katastrofą. Albo dużymi nieprzyjemnościami przynajmniej.
Nasze stado zostało daleko, tysiące kilometrów od nas, a w głowie ostrzeżenia przed szukaniem stada nowego i… wiecie co? To może czasami źle się skończyć. Bo człowiek potrzebuje stada. Kogoś na kim wesprze się w trudnych chwilach, z kim będzie mógł zamienić kilka słów, złożyć świąteczne życzenia, zakląć po polsku i przypomnieć sobie smak ciepłego chleba z chrupiącą skórką i babcinego żurku.
I wiecie co? Przed wyjazdem dostałam masę dobrych rad, ale ta „trzymaj się z dala od Polaków”… Nie podpisuję się pod nią. Spotkałam tu wielu świetnych Polaków. Wrażliwych, inteligentnych, pracowitych. Za mną rozmowy, których pewnie nie miałabym okazji odbyć w Polsce: bo brak czasu, bo ludzie nie odkrywają się tak łatwo… Może to kwestia miejsca gdzie trafiłam, pracy, którą wykonuję? Może gdybym pracowała na budowie te wszystkie rozmowy o książkach, filozofii, o tym co ważne, o tym co boli… Może te wszystkie rozmowy by się nie odbyły? A może myśląc tak powielam stereotypy? Może takie rozmowy toczą się w różnych miejscach: na budowach, przy zmywakach, za ladami sklepów? Może Polska powoli traci tych, którym się chce, którzy czegoś szukają, którzy myślą, walczą, nie poddają się? Pozwala im odejść i nie robi nic, żeby to powstrzymać?…
Moje stado buduje się powoli. Jeszcze obwąchujemy się ostrożnie i obserwujemy z bezpiecznego dystansu. Potrzeba wspólnie spędzonych lat, trudnych sytuacji, w których się sprawdzimy, żeby być pewnym, że to ci ludzie, to stado. Stado, które nie zastąpi tamtego starego – zawsze najbliższego sercu. Ale powoli przestaję czuć się tu sama. Pewnie jeszcze nie raz poczuję się samotna, ale… Tak, bez wątpienia, powoli przestaję być sama.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *