Nie moja bajka. (Przeważnie.)

„Niepełność” mamy chyba w genach. Gdzieś na dnie duszy, gdzieś w podświadomości – przekonanie, że nie jesteśmy całością. A więc… szukamy „drugiej połówki”, brakującej części, kogoś kto nas dopełni.
My, kobiety.
Nie – my, ludzie.
Jakby setek lat nieistnienia kobiet nie dało się tak po prostu przekreślić. Bo przecież jeszcze całkiem niedawno nie było kobiet. Nie istniał ktoś taki jak kobieta-człowiek. Były matki, żony, córki. Kobieta istniała tylko w odniesieniu do mężczyzny, jako część jego życia, jako jego część. Kawałek żebra po prostu.
I niby dziś wszystko się zmieniło, niby wszystko jest inaczej. Jesteśmy samodzielne, samowystarczalne, przebojowe. I niby nikogo nie potrzebujemy. Mądre, piękne, wrażliwe. A jednak…
Mam kilkanaście facebookowych znajomych (zbyt wiele, żeby uznać to za przypadek) – ślicznych, wykształconych, inteligentnych, które na swoich profilowych zdjęciach są z NIM. Tak jakby mimo całej urody i mądrości istniały tylko jako kawałek tej większej całości.
Mężczyzn „syndrom niepełności” raczej nie dopada, a my… Zdobywamy to swoje dopełnienie, tą drugą połówkę, stajemy się jedną idealną całością, przy okazji tę swoją własność tak troszeczkę znacząc. Pokazując i oświadczając wszem i wobec „Mój ci on”. Wspólne zdjęcie, „my” używane wszędzie gdzie to możliwe i niemożliwe. „My lubimy.” „Nam się nie podoba.” „Nam bardziej smakuje.” Jeden doskonały organizm w dwóch osobach.
Nie, nie oskarżam. Nie szydzę. Nie patrzę z wyższością. Sama miałam tak samo. Trafiałam na kogoś z zielonymi oczami i poczuciem humoru i od razu chciałam w nim widzieć cały świat. Pojawiał się brunet z aksamitnym głosem, z którym można było całe godziny przegadać, a mnie już gdzieś to „my” zaczynało świtać. Interesujący szatyn, z którym tak fajnie było spierać się na temat książek i nagle wieczorami, przed zaśnięciem, scenariusze wspólnej życiowej bajki.
Ze wstydem, z rumieńcem zażenowania, przyznaję – tak właśnie miałam. Dlatego wiem o czym mówię, wiem jak głęboko w nas kobietach, ta potrzeba bycia „my” siedzi.
Jednak minęło. Trochę samo. Pewnie z wiekiem. Trochę po walce, kiedy uświadomiłam sobie, że tak mam, a wcale nie chcę tak mieć.
Dziś już nie widzę bajek i książąt na każdym kroku. I nie powiem: „wszystko albo nic”. Dziś składam moją rzeczywistość z kawałków: z dzieci, z pracy, z pasji, którą czasami kocham, a czasami wprost przeciwnie, z rodziny, która zawsze stanie za mną murem, z ukochanej przyjaciółki, jedynej, przy której potrafię płakać, z szatyna, z którym błyskotliwie konwersuję o książkach i filmach, z babskich wieczorów, z czarującego bruneta, który – jak nikt inny – potrafi budzić motyle.
To wszystko – wszyscy ci ludzie, wszystkie spotkania, wydarzenia, przeżycia tworzą, budują mnie wciąż i nieustannie. Nie ma i już nie będzie „my”. Jest i pozostanie „ja”.
 
Choć… Czasami… Kiedy jest ciemno i nikt nie widzi. Kiedy jestem sama i mam pewność, że nikt się nie dowie… Wciąż chcę bajki. Wciąż chcę księcia. Wciąż chcę wszystkiego. Chcę MY. W końcu… przecież przede wszystkim jestem kobietą ;).

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *