Brexit na zimno

Żyję sobie spokojnie w niedużym angielskim miasteczku, na chwilę przed Brexitem. Ok, na chwilę przed referendum w sprawie Brexitu: w końcu nikt, ale to naprawdę nikt, nie jest w stanie powiedzieć czy to wielkie wyjście się zdarzy, czy jednak nie.
Tak więc żyję sobie w małym angielskim miasteczku na chwilę przed ewentualnym Brexitem i… i nic. Ludzie się nie spierają, nie walczą ze sobą, nawet specjalnie dużo na ten temat nie rozmawiają.
I próbuję sobie wyobrazić jakby to było gdybym żyła w niedużym polskim miasteczku. Gdyby to Polska była bogatym krajem, do którego ściągają miliony uchodźców, imigrantów, expatów. Gdyby to u nas trafiały się ulice albo nawet całe dzielnice, gdzie obcokrajowców jest więcej niż Polaków. Jaka byłaby w takim wypadku nasza decyzja w kwestii Unii? I jak wyglądałyby ulice naszych mniejszych i większych miasteczek?
Jakoś nie widzę spokoju, nie słyszę pełnej rezerwy ciszy. Tutaj walczą między sobą raczej tylko politycy, ale i im daleko do zapalczywości, którą znamy z rodzimych politycznych debat. Ludzie na ulicach czy między znajomymi o Brexicie raczej nie rozmawiają. A jeśli nawet zdarza się to w rodzinie czy między bliskimi znajomymi, to i tak zachowują oni swoje emocje i uczucia dla siebie. Jeśli trafią na kogoś o odmiennym zdaniu reagują czymś w rodzaju uprzejmego „hmmm… maybe…”, które może znaczyć wszystko i nic oraz taktowną zmianą tematu.
Czy ja to lubię? I tak, i nie. Bo przecież – jak większość z nas – dumna bywam z naszej gorącej słowiańskiej krwi i żywiołowego temperamentu. Z drugiej strony nie mogę nie zauważać jak angielska powściągliwość ułatwia życie. Angielskie uśmiechy i uprzejmości są… relaksujące. I tak dalekie od kwaśnych min w sklepach, narzekaniach w biurach czy sporów ze wszystkimi i o wszystko.
Nie wiem co będzie z Brexitem. Nie wiem, bo nawet trafić na przedreferendalny sondaż nie jest łatwo. Nie atakują one z każdej strony jak przed polskimi wyborami. Gazety niezmiennie pełne są drobnostek, błahostek, historii z życia wziętych, sportowców i celebrytów. Jakby Anglicy nie chcieli całego tego politycznego zamieszania zabierać ze sobą do domu. Tu wciąż „my home is my castle” i niezbyt wielu życzy sobie wpuszczania do siebie rozkrzyczanych polityków.
Nie wiem co się stanie po 23 czerwca. Pewnie nikt nie wie. Ale jednego jestem niemal pewna: cokolwiek się stanie raczej nie podzieli to angielskich rodzin. A to już nie mało. Dzień po referendum wszyscy normalnie obudzą się rano, wszyscy normalnie pójdą do pracy, zamienią (lub nie) kilka grzecznościowych uwag na temat tego co stało się wczoraj i przejdą nad wszystkim do porządku dziennego. Bo taka jest istota angielskości. Angielskości, którą przeważnie lubię, której często zazdroszczę, którą czasami podziwiam, a która jednak potrafi mnie doprowadzić do białej gorączki. Tak to już bywa czasami z temperamentnymi, gorącokrwistymi Słowiankami.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *