Kocha, lubi, szanuje, nie chce, nie dba… itp, itd

W pierwszych dniach myślałam, że już nie lubię tego miejsca. Że wszystko się zmieniło. Dziś myślę: tak, wszystko się zmieniło. Ale nie jest mi już tak łatwo nie lubić. W pierwszych dniach byłam pewna: nie chcą mnie tutaj. W pierwszych dniach byłam rozczarowana. Bardziej niż rozczarowana. Bo znów ktoś zabierał mi moje pozucie bezpieczeństwa – a przecież w moim wieku już się wie, że poczucie bezpieczeństwa to jedna z najbardziej niestabilnych budowli. Zasadniczo w moim wieku powinno się już wiedzieć, że poczucie bezpieczeństwa to raczej słodkie kłamstwo, miła bajka ułatwiająca zasypianie. Tak czy inaczej nabrałam się jeszcze raz. Bo w końcu kiedy ma się stabilną pracę, w stabilnym kraju, jest się zdrowym i żyje się w stabilnym, szczęśliwym związku – co jeszcze może się zdarzyć? No więc oczywiście okazało się, że zdarzyć może się wiele. Niemal wszystko. Nie tylko jakieś przyziemne śmiertelne choroby czy łamiące serce zdrady, ale Brexit na przykład. Bo mnie nawet Zjednoczone Królestwo zdaje się specjalnie robić na złość. Bo wystarczyło, że tu przyjechałam i niemal od razu ten piękny kraj zdecydował, że jednak przede wszystkim będzie pielęgnował swoją brytyjskość i efektownym referendalnym zwrotem posłał pożegnalnego całusa Unii Europejskiej. Rankiem 24 czerwca powitał nas dumny komunikat: „Nad Zjednoczoną Europę przedkładamy Zjednoczone Królestwo”. Muszę przyznać, że w pierwszej chwili myślałam, że świat się właśnie zawalił. Ale się nie zawalił. Mogłabym powiedzieć, że nic się nie zmieniło, lecz to nie byłaby prawda oczywiście. Z prawnego punktu widzenia NA RAZIE nic się jeszcze nie zmieniło. UK nie uruchomiło jeszcze paragrafu 50 i nadal nie wiadomo, kiedy go uruchomi. Może we wrześniu?… Choć nawet i ten wrzesień nie wydaje się do końca pewny – nie wygląda na to, żeby ktoś tutaj palił się do szybkiego rozwodu. Zresztą najzabawniejsze jest to, że ci, którzy się palili wycofali się z polityki natychmiast kiedy Brexit stał się faktem. Przestraszeni?… Zdziwieni?… Rozczarowani?… tym co udało im się osiągnąć. Tak jakby założyli, że nie ma szans, nie uda się, z za to oni będą mieli świetną okazję do zbicia politycznego kapitału. Dokładniej: cieszyli się, że się nie uda, bo przecież – w większości – inteligencji im nie brakuje i pewnie świadomość, że „wyjście z” nie jest lekarstwem na wszystko gdzieś tam się telepała. A w dzień po to już pewnie była bliższa świadomości: „A co jeśli zmierzamy ku katastrofie? Chyba lepiej wycofać się w porę i nie podpisywać się pod tym”.
W pierwszych dniach byłam pewna, że nie lubię już tego miejsca. Teraz już pewna nie jestem, ale wciąż często, bardzo często zdarza mi się być o tym przekonaną. W pierwszych dniach byłam, że mnie tu nie chcą. Dziś jestem pewna, że niektórzy na pewno mnie tu nie chcą. Nie wszyscy jednak. Ale jak ich odróżnić? Przecież nie będę o to pytała każdego napotkanego Brytyjczyka. Zresztą, znając ich troszkę, od razu mogę założyć, że z uprzejmości nie powiedzieliby mi prawdy.
Cóż, po raz kolejny przekonałam się: nic pewnego na tym świecie. Oprócz śmierci i podatków, oczywiście. Przekonałam się, że nie warto przyzwyczajać się zbytnio do otaczającej rzeczywistości. Bywa ulotna jak dym. Może po prostu spróbujmy uwierzyć, że w tym jej cały urok i czar.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *