"To co najważniejsze"

Jak to się stało, że nagle straciliśmy rozeznanie w tym co jest naprawdę ważne, a co możemy sobie odpuścić, wyrzucić z głowy i zapomnieć?
Ostatnio brytyjski Twitter stał się miejscem całkiem sporej burzy. Poszło o… truskawki. Dokładniej poszło o truskawki i Wimbledon, a to (jakby ktoś nie wiedział) klasyczne połączenie. Tradycja w czystej formie.
Wimbledon można było oglądać na kanale BBC i całe mnóstwo osób rzeczywiście oglądało to godzinami. Absolutnie nie mam nic przeciwko. Sport kulturalny, zawodnicy prezentują się nieźle, nawet wyglądają całkiem inteligentnie. Nie kopią się nawzajem, nie gryzą, nie obrzucają wyzwiskami. Publiczność też na poziomie: nie krzyczy, nie gwiżdże, nie śpiewa wulgarnych piosenek, kulturalnymi brawami nagradza obie strony. No i zajada się tradycyjnymi truskawkami.
Przyznajmy: tenis wciąż jeszcze ma w sobie coś elitarnego. Nie jest najtańszy. Bo i sprzęt, i wynajęcie kortu. Poza tym ta otoczka wokół zawodników. Nie jacyś tam nieokrzesani futboliści, ale bardziej gwiazdy, celebryci w eleganckich strojach. A już na wskroś angielski Wimbledon jest szczytem tej ekskluzywności. Na przykład stroje – tylko białe, delikatna lamóweczka dozwolona co najwyżej. Publiczność elegancka i zdyscyplinowana. No i truskawki.
Właśnie nieszczęsne truskawki stały się zarzewiem twitterowej wojny i podzieliły brytyjską publiczność. BBC w scenografii studia nawiązało bowiem do symbolu Wimbledonu, na stole pojawiła się ogromna misa wypełniona truskawkami.
I to właśnie zaniepokoiło część widzów. Zaniepokoiło na tyle, że zdecydowali się oni zatweetować czy wrzucić pełen obywatelskiej troski post na Facebooka. Bo kto to widział, żeby tyle porządnych truskawek marnować. Bo pewnie będą one w tej misce zalegały przez cały program, a później ktoś je po prostu wyrzuci do śmietnika. Nieetyczne to i obrzydliwe, zwłaszcza kiedy pół świata głoduje.
Pojawiły się co prawda głosy rozsądku. Ktoś kto kiedyś pracował w mediach i miał do czynienie z kamerzystami, dźwiękowcami i całą resztą napisał, że po nagraniach całe dostępne jedzenie znika w kilka minut. Albo nawet sekund. Nie ma szans, żeby cokolwiek się zmarnowało. Nie wszystkich oburzonych to jednak przekonało.
I tak się właśnie zastanawiam: muszą być wśród nas naprawdę szczęśliwi ludzie. Ludzie, którzy nie mają problemów. Ludzie, którzy są w stanie przejąć się miską truskawek, za które nawet nie zapłacili. Z którymi nic, absolutnie nic, nie mają wspólnego. Których obecność nie wpływa na ich życie w żaden, absolutnie żaden, sposób.
Mamy i w Polsce takich zatroskanych obywateli i obywatelki. Sen z powiek spędza im na przykład brzuch Anny Lewandowskiej. Że taki płaski, wręcz z sześciopakiem, i to w kilka tygodni po porodzie. Część jest za, popiera, twierdzi, że wszystko to tylko kwestia samozaparcia i ciężkiej pracy i że one mają tak samo. Część jest przeciw, nie popiera, twierdzi, że na kobiety znów wywiera się presję i uniemożliwia się im zaakceptowanie własnego ciała, a nawet zaakceptowanie siebie w ogólności.
Niby Polska wciąż na dorobku i wciąż żyje się trudno i ludzie muszą naprawdę ciężko pracować, żeby koniec z końcem związać, a jednak, proszę, i tu szczęśliwych ludzi bez problemów nie brakuje. A skoro problemów nie mamy to sami sobie je stworzymy. Nieważne: brzuch Lewandowskiej czy truskawki. Każda głupota się nada. „That will do” jak mawiają Anglicy.
Nie chodzi mi o to, żeby niczym się nie przejmować i być obojętnym na rzeczywistość. Wprost przeciwnie: większości z nas przydałyby się tabletki albo nawet zastrzyki z dużymi dawkami empatii, gdyby tylko takie były dostępne. Ale może jednak warto byłoby opracować jakąś gradację ważności rzeczy, z którymi chcemy walczyć albo o które chcemy się bić. Bo jak to możliwe, że ludzi nie poruszają uciekające przed wojną dzieci, które toną w Morzu Śródziemnym, a jednocześnie gotowi są pałać świętym oburzeniem w stosunku do miski niewinnych truskawek. Jak to możliwe, że przechodzimy do porządku dziennego nad wypieraniem przez Trumpa faktu globalnego ocieplenia i wycofania się USA z porozumień klimatycznych z Paryża. Jak to możliwe, że w ogóle przechodzimy do porządku dziennego nad Trumpem, tocząc jednocześnie wojny o płaski brzuch celebrytki. Jak to możliwe, że niektórych oburza zorganizowanie zbiórki pieniędzy na leczenie kobiety z Mołdawii, która przyjechała do Polski pracować, a zamiast tego została wielokrotnie zgwałcona i wyskoczyła z czwartego piętra, żeby się ratować. Mamy przecież własne zgwałcone kobiety, jak komuś w ogóle może przyjść do głowy, żeby jakimś obcym pomagać.
Codziennie zalewają nas setki, tysiące wiadomości. Zalew informacji jest jak niepowstrzymana powodziowa fala. Telefony, komputery, radio, telewizja. Wciąż więcej i więcej. Nie jesteśmy w stanie przyswoić sobie wszystkich. Przyciąga więc nas to co najbardziej kolorowe, najbardziej połyskliwe. Biegniemy tam gdzie tłum największy. Jesteśmy gotowi toczyć facebookową wojnę o wygląd urodzinowego torta z cukierni dla babci. W pewnym momencie wydaje się nawet dość naturalne, że tłum jest niemal gotów ukamieniować biedną Kasię, która nie całkiem udanego torta upiekła.
Kasiny tort sprawia, że zapominamy o brzuchu Lewandowskiej. O torcie zapomnimy, kiedy telewizja wyemituje taką samą (delikatnie mówiąc) reklamę lakieru do włosów z udziałem fashionistki-celebrytki.
W UK truskawki ustąpiły miejsca pralkom. Jedna z prezenterek bardzo popularnego programu na temat rynku nieruchomości „Location, location, location” oświadczyła, że trzymanie pralki w kuchni jest „disgusting” co można przetłumaczyć jako „obrzydliwe”.
Wojnę truskawkową, w porównaniu z tym co zdarzyło się po oświadczeniu Kirstie Allsopp, można nazwać dziecięcą potyczką w piaskownicy. Zaczęło się od pralkowej bitwy, a skończyło niemal wybuchem III wojny światowej.
W UK pralki trzyma się głównie w kuchniach. Taka tradycja. Chyba, że ktoś jest szczęśliwym posiadaczem tzw. „utility room”, czyli specjalnego pomieszczenia przeznaczonego na pralkę, suszarkę i inne rzeczy, które normalnie zagracają domy.
Brytyjska pralka w łazience? Bardzo, bardzo rzadko. Jest ku temu kilka powodów:
– po pierwsze Wielka Brytania jest jedyna w swoim rodzaju, inna, specjalna i wyjątkowa. Co więcej bardzo tę swoją inność i wyjątkowość pielęgnuje. Zdecydowanie byłoby poniżej jej godności dostosowywać się do jakichś tam światowych trendów. Nawet jeśli chodzi tylko o pralki.
– po drugie łazienki są z reguły niewielkie.
– po trzecie, ze względów bezpieczeństwa, w łazienkach nie ma gniazdek. (Tak, wiem, że to może wydawać się dziwne. My mamy i gniazdka, i pralki, a jednak nie giniemy masowo od porażeń prądem. Choć… suszarki i ładowarki nurkujące w wannach czasami się zdarzają. Można więc w sumie ten brak gniazdek uzasadnić).
Tak więc wojna wybuchła, a pani Allsopp została uznana za bogatą snobkę żyjącą w jakiejś innej, równoległej rzeczywistości, w której nie spotyka się realnych ludzi z realnymi problemami. W dodatku brzydką snobkę, a to już jest w zasadzie niewybaczalne.
I tak to się toczy. Możemy być pewni, że każdy nowy dzień przyniesie nam kolejną wojnę o kolejny kompletnie nieistotny duperel. Wojnę, o której niemal natychmiast zapomnimy, bo pojawi się następna.
Nie mogę się nadziwić: czy naprawdę sami sobie to robimy? Pozwalamy sobie wyprać mózgi, zużywamy niemal całą naszą energię na coś co nie dotyczy nas w najmniejszym stopniu. Walczymy zaciekle o coś o czym jutro nawet nie będziemy pamiętać. Gdybyśmy nagle, pewnego dnia, wszyscy, zdecydowali się poświęcać tę energię na coś pożytecznego, może nawet udałoby się nam zmienić świat na lepszy. Lub przynajmniej przerwać kilka nasępnych stuleci – co w tej chwili nie wydaje się aż tak oczywiste.
Jesteśmy przecież – teoretycznie – myślącym, inteligentnym gatunkiem. Powinniśmy umieć odróżnić ważne od nieistotnego. Mamy przecież instynkt samozachowawczy. A może raczej: „mieliśmy instynkt samozachowawczy”? Jak to możliwe, że stanęliśmy na skraju przepaści i w ogóle tego nie zauważyliśmy?
Kiedy my walczymy w kwestii brzuchów czy truskawek, Polska sunie w kierunku autorytaryzmu, Wielka Brytania skacze na główkę do pustego basenu upierając się przy Brexicie, Trump wystawia Stany Zjednoczone na pośmiewisko zakłócając i tak chwiejną międzymocarstwową równowagę. Kiedy my emocjonujemy się idealnym umiejscowieniem pralki, odrywa się kolejna góra lodowa wielkości czterech Londynów. Najpewniej nie zdając sobie sprawy, że nie powinna tego robić, bo przecież nic takiego jak „globalne ocieplenie” nie istnieje. Nie, oczywiście, że to nie ludzie zgłupieli. To te góry lodowe jakieś takie nieogarnięte.
Świat jaki znaliśmy do tej pory rozpada się, a my zdecydowaliśmy się tego nie zauważać. Mamy przecież ważniejsze rzeczy na głowie. W końcu siódmy sezon „Gry o tron” się wreszcie zaczął. A Chodakowska wypuściła nowe wideo.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *