Korzenie zabieram ze sobą

 
Alice Merton i jej „No roots”. Przyczepiło się do mnie kilka dni temu. Muzycznie: bo i energetyczne, i głos taki jak lubię, ciemny, nieoczywisty. Ale jeszcze bardziej przylgnęły do mnie słowa. „No roots”. Niezakorzeniona. Niewrośnięta. Dziś jestem tu. Nie mam planów, żeby odejść, szukać nowego miejsca, budować nowy dom. Ośmielę się nawet stwierdzić, że jestem szczęśliwa, tu i teraz.
 
Postawiłam kropkę w poprzednim zdaniu i zawahałam się. Bo wciąż gdzieś tam wierzę, że stwierdzić bezczelnie „Jestem szczęśliwa” jest wyzwaniem rzuconym losowi. Przerabiałam to już. Pewnie większość z nas przerabiała. Jest dobrze i jedyne czego chcemy to zatrzymać tę chwilę, pozwolić jej trwać. Ale – nie. Coś na pewno się sypnie. Czasami będzie to tylko prztyczek w nos, nasza Karma dostanie ataku śmiechu i retorycznie zapyta: „Naprawdę w to uwierzyłeś?”. Czasami słodka chwila szczęśliwości kończy się jednak nokautem. Podnosimy się potem z trudem. Jeśli się podnosimy.
 
Zostańmy więc przy tym, że nie jestem szczęśliwa, ale… w miarę usatysfakcjonowana moim życiem i „na chwilę obecną” nie zamierzam wprowadzać większych zmian.
 
Korzeni jednak nie zapuściłam. Nie zanosi się też, żebym zrobiła to w przyszłości. Raz w życiu, dawno temu, byłam przekonana, że wiem co czeka za zakrętem. Zakorzeniona, żyłam „tu i teraz” i byłam pewna, że to się nie zmieni. A później Karma roześmiała mi się w twarz.
 
Dziś korzenie sobie odpuszczam. Albo inaczej: chowam je w środku. Trzymają się mocno ludzi, których kocham i którzy są dla mnie ważni. Splatają się z moimi wspomieniami. Wrastają i wyrastają z moich przekonań, z tego w co wierzę. Dziś już nie da się powiedzieć, gdzie kończę się ja, a gdzie zaczynają się moje korzenie.
 
Nie wiem czy tu zostanę. A jeśli nie – jakie drogi i jakie miejsca przede mną. Ale wiem, że tak czy inaczej, moje korzenie zabiorę ze sobą.
 

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *