Wróbel bezpaństwowiec

Jestem w mniejszości.
Większość ludzi decydująca się na emigrację jest młoda. Naprawdę młoda. Po szkole, po studiach, tak naprawdę dopiero zaczynają życie. Zostawiają za sobą rodzinę, przyjaciół, znajomych. Te wszystkie banały o strzałach z łuku wypuszczonych w świat, o młodych ptakach wijących nowe gniazda, są prawdziwe – tak to z banałami bywa.
Wszystko może się jeszcze zdarzyć i wszystko się zdarzy. Pojawią się nowi przyjaciele i znajomi. Przy odrobinie szczęścia pojawi się miłość. Pojawi się potrzeba uwicia gniazda. Owszem, nie będzie idealnie. Kiedy pojawią się dzieci dobrze mieć dziadków pod ręką. Ze względów praktycznych: nie da się przecenić bliskiej, fizycznej, obecności kogoś kto zaopiekuje się naszym skarbem za darmo, z miłością, a czasami nawet z wdzięcznością, że w ogóle może to zrobić. Ale i ze względów… najlepszym słowem będzie chyba „metafizycznych”. Więź babć i dziadków z wnukami bardzo często jest więzią specjalną. To oni z reguły mają czas, żeby spokojnie tłumaczyć świat i jego zawiłości. To oni mają cierpliwość, żeby odpowiadać wyczerpująco na najdziwniejsze pytania, czytać po raz setny te same bajki, chodzić na długie spacery, grać w Chińczyka i układać do snu lalki. To oni są kładką łączącą wnuki z rodzinną przeszłością. Przecież jeśli nie znamy własnych korzeni nie do końca możemy określić kim naprawdę jesteśmy.
Nie będzie idealnie – najlepsza przyjaciółka zostanie w kraju oddalonym o tysiące kilometrów. Owszem, internet i telefony skracają dystans. Ale go nie likwidują. Wieczór na Skypie z kieliszkiem wina to jednak coś zupełnie innego niż wieczór z kieliszkiem wina spędzany na tej samej kanapie.
W okolicy dwudziestki ma się jednak całkiem spore szanse na znalezienie nowej najlepszej przyjaciółki. Wiem, to brzmi zimno, pragmatycznie, a nawet cynicznie. Ale czas rzeczywiście leczy rany. Natura rzeczywiście nie znosi próżni.
A ja jestem w mniejszości. Dwudziestką byłam bardzo dawno temu. Znalazłam tu dobrych znajomych. To już coś. Zasadniczo niczego więcej nie oczekuję. Moja najlepsza przyjaciółka została w Polsce, a ja nie spodziewam się, że kiedykolwiek ktoś ją zastąpi. Znalezienie kogoś takiego po czterdziestce to jak szóstka w Lotto. Znalezienie kogoś takiego w nowym kraju, wśród ludzi mających kompletnie inne życiowe doświadczenia, mówiących w innym języku, jest jak dwie szóstki pod rząd.
Dobrze mi tu. Nie jestem sama. Ale czy nazwałabym to uwiciem gniazda? Gniazda są przecież po to, żeby mieć pisklęta. Tymczasem moje pisklęta zostały w starym kraju i pewnie wkrótce zaczną myśleć o własnych gniazdach.
Nigdy nie będę „stąd”, ale i nie należę już „tam”. Niby wszystko takie podobne, a jednak gubię się w polskiej rzeczywistości. Uparcie się zapominam i uśmiecham się do obcych. Zdarza mi się nawet powiedzieć „dzień dobry” mijanemu przechodniowi, wywołując pełne konsternacji, a często wręcz podejrzliwe, spojrzenie.
Tak już pewnie zostanie – bez kraju, bez gniazda. W sumie też pięknie. Pięknie „inaczej”, ale pięknie. Zagniazdowniki mają swój urok. I dają radę. Silne bestie. Takie kaczki na przykład. Albo łabędzie.
No dobrze: z łabędziami przesadziłam. Daleko mi do łabędzia. Ale wróbel? Czemu nie?
Wróbel bezpaństwowiec. To ja.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *