Twenty One Pilots

Ray zmusza mnie do oglądania filmów wojennych. Nie, do przemocy nie dochodzi. Zasadniczo sama się zgodziłam, po dłuższych negocjacjach. Zgodnie z umową jednego wieczora to on wybiera film, przy następnej okazji decyzja należy do mnie.
Ray stawia na starą, dobrą klasykę. Wiem, że to jest dobre, często nawet wybitne. Ale jednocześnie boleśnie trudne do oglądania. „Pluton”, „Czas Apokalipsy”, „Full Metal Jacket”. Zostają ze mną na długo, jak uwierający kolec, którego trudno się pozbyć. (Nie chcę już nawet dodawać, że zanim zaczniemy oglądać muszę pamiętać o zmyciu makijażu, bo z góry wiadomo, że się rozmażę niemożebnie. Nie, żeby był to w moim przypadku jakikolwiek wyznacznik poziomu tego co oglądam – równie dobrze zdarza mi się płakać przy świątecznych reklamach).
Mój związek (typu love and hate) z filmami wojennymi, nauczył mnie jednego: jednostka nie znaczy nic. Zwykły szeregowiec, mięso armatnie, nie znaczy nic. Jest wyłącznie cyferką. Tysiąc szeregowców to już coś, ale jeden mniej lub więcej w tym tysiącu, różnicy nie zrobi. Mógłby się nigdy nie urodzić – to naprawdę nie miałoby żadnego znaczenia.
To nie tylko wojna. I nie tylko wojsko. Wiemy to, prawda? Spójrzmy na polityków. Zagranicznych, ale równie dobrze i polskich.
Choćby ustawa dezubekizacyjna. Nie ma jednostek, nie ma skomplikowanych życiorysów. Jest banda SB-eków, którym trzeba pokazać, gdzie jest ich miejsce.
Albo Trump, który decyduje, że zmiany klimatyczne to bajka. Trump, który wycofuje się z rozpoczętych przez Obamę prób wprowadzenia jakiegokolwiek powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego. Trump, który stawia świat na skraju wojny nuklearnej, próbując udowodnić wszystkim, że jest najpotężniejszym samcem alfa na planecie.
Inżynierzy Brexitu, grający przyszłością milionów ludzi, wyłącznie dla zaspokojenia swoich politycznych ambicji.
 
1 czerwca 1939 roku szlachetna brytyjska Royal Navy zamordowała 99 brytyjskich marynarzy.
Okręt podwodny HM Submarine Thetis wbił się w dno podczas próby wodowania.
Nikt nie zginął od razu. Marynarzy można było uratować. Woda była na tyle płytka, że tył okrętu wystawał kilka metrów ponad jej poziom.
Ratownicy z początku nie panikują: na wywiercenie dziur, przez które da się wtłoczyć świeże powietrze wystarczy kilka minut. Jedynie dla porządku pytają o zgodę admiralicję. I najpewniej nie mogą uwierzyć w odpowiedź, która brzmi „Nie”.
Będą jeszcze wielokrotnie błagać o zgodę. Bez skutku. Odpowiedzią do końca pozostało twarde „Nie”.
Wiecie dlaczego? Bo nawiercenie dziur mogłoby osłabić poszycie okrętu. Można spisać na straty 99 marynarzy, ale nie 1 okręt podwodny.
Okrętne podwodne są zdecydowanie zbyt kosztowne, by sobie na takie ekstrawagancje pozwalać. Nawet te okręty, które ktoś zdecydował się obrócić w masowy grobowiec. W końcu przecież wszystko można wyczyścić, wyskrobać, odmalować i będzie jak nowe. Ewentualnie jakiś odświeżacz powietrza się dorzuci.
 
Moje córki są zapalonymi fankami Twenty One Pilots. Ostatnio wytłumaczyły mi skąd ta nazwa. Wzięła się ze sztuki Arthura Millera „Wszyscy moi synowie”.
W największym skrócie: producent części do samolotów wojskowych uświadamia sobie w pewnym momencie, że produkowana przez niego część jest wadliwa. Staje przed dylematem: przyznać się i stracić reputację, majątek, wszystko na co pracował do tej pory, albo… nie zrobić nic. Wybiera to drugie.
Dwudziestu jeden pilotów ginie. Ginie i jego syn – pilot wojskowy. Czy przez tę wadliwą część? Nie wiadomo. Może. Niekoniecznie.
Dwudziestu jeden pilotów ginie. Ulubiony (albo raczej jedyny) zespół moich córek zyskuje frapującą nazwę i solidną życiową filozofię.
Jeśli masz zasady, reguły, w coś wierzysz, nie idź na skróty, tylko dlatego, że w tej chwili tak wygodniej, korzystniej, opłacalniej. Nie rób tego, bo kiedy dwudziestu jeden pilotów zginie, kiedy dziewięćdziesięciu dziewięciu marynarzy się udusi, ty, być może, nie będziesz umiał z tym żyć.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *