Tom bierze ślub

Byłam wczoraj u fryzjera. Mogę już chyba powiedzieć – u mojego fryzjera.
Kiedy zaczyna się życie w nowym kraju to może być jeden z większych problemów. W Polsce zostawiamy nie tylko rodzinę i przyjaciół, ale i ulubionego fryzjera, kosmetyczkę, dentystę. Z początku, przynajmniej niektórzy z nas, próbują uprawiać swego rodzaju ekwilibrystykę, umawiając wszelkie możliwe wizyty na czas odwiedzin w Polsce. Na dłuższą metę się to nie sprawdza, przynajmniej nie u mnie. Po pierwsze cenny czas chciałoby się spędzić z rodziną i znajomymi, leniwie i wakacyjnie, dając się dokarmiać i lekko (albo troszkę bardziej niż lekko) się alkoholizując. Komu zresztą chciałoby się zrywać rano do dentysty po długich nocnych Polaków rozmowach? Po drugie, jeśli nasza fryzjerka czy kosmetyczka są rzeczywiście tak dobre, że chcemy do nich wracać zza granicy, jest duża szansa, że znalezienie terminów, które będą odpowiadały obu stronom okaże się niemożliwe.
W końcu się więc poddajemy i zaczynamy szukać na miejscu. Co do mnie w tej chwili, z pełną odpowiedzialnością, mogę powiedzieć, że znalazłam fryzjera.
Zakład mieści się w Meads, starszej części Eastbourne. Przed laty była to wioska w okolicach Eastbourne, teraz miasto ją wchłonęło.
Napisałam „wioska”, ale niedokładnie o to mi chodziło. Meads jest klimatyczne, może nawet ekskluzywne, na swój sposób. Jest stare i tym się szczyci. Nie idealne, nie wypolerowane na wysoki połysk. Gdzieniegdzie coś odpada, gdzieniegdzie coś się rozłazi, tu mech porasta, tam murek trochę krzywy. Meads mówi: „Jestem jaki jestem. Możesz się we mnie zakochać. Możesz uznać, że to absolutnie nie dla ciebie i że coś z tym zaniedbaniem muszę zrobić. Szczerze: kompletnie mnie nie interesuje co sobie o mnie myślisz”.
Mieszkańcy Meads są trochę jak samo Meads. Dojrzali. Dumni ze swoich niedoskonałości. Każda zmarszczka ma swoją historię.
Nie, to nie jest enklawa zamknięta na innych, na obcych. Meads uśmiecha się ciepło na powitanie. Niemal natychmiast poczułam się tu dobrze, bezpiecznie. Uwierzcie, nie zdarza mi się to aż tak często.
Do „mojego” salonu trafiłam przez przypadek. Zero designerskiego chłodu, sporo artystycznego nieładu, nie cichnące rozmowy i śmiechy.
Tu obcięłam moje długie włosy. Najpierw sporo krócej, w końcu całkiem króciutko. Tu, metodą prób i błędów, doszliśmy do odcienia platyny z lekką domieszką szarości i błękitu. Tu poznałam Jaqui, właścicielkę. Nie piękną, nie młodą, wiecznie roześmianą hippiskę w ciuchach typu „lumpeks łamany przez charity shop”.
Jaqui w niczym nie przypomina stereotypowej właścicielki świetnie prosperującego zakładu fryzjerskiego, mieszczącego się na bogatych angielskich przedmieściach. Za to jaką ona ma rękę! Jak ona tnie!
Zasadniczo jednak to nie o Jaqui miałam pisać.
Jednym z fryzjerów pracujących dla Jaqui jest Tom, mieszkający w UK od kilku lat Australijczyk. Tom jest w okolicach pięćdziesiątki. Tom jest zdecydowanie najbardziej rozgadanym, roześmianym i ogólnie najgłośniejszym pracownikiem salonu. Zasadniczo usta mu się nie zamykają. Czasami zazdroszczę jego klientkom: one mogą odpuścić sobie cały ten „small talk”, za którym ja nie przepadam. Tom nie potrzebuje partnera do rozmów, załatwia to jednoosobowo. Przy czym jest tak zabawny i interesujący, że nie sposób przestać go słuchać. Myślę, że Jaqui powinna mu wypłacać drugą pensję za działalność rozrywkową.
Tom jest gejem.
Tom promieniał wczoraj jeszcze bardziej niż zwykle.
Tom bierze ślub. Jego wybrankiem jest Martin, starszy o kilka lat Anglik.
Wczoraj w salonie było jeszcze głośniej i radośniej niż zwykle. Starsze, dystyngowane Angielki cieszyły się szczęściem Toma. Wypytywały o szczegóły ceremonii, o podróż poślubną.
To było takie naturalne: cieszyć się szczęściem dwójki ludzi, którym udało się znaleźć miłość i przed którymi piękna przyszłość.
 
Próbowałam sobie wyobrazić tę scenę w Polsce. Bóg mi świadkiem, że próbowałam.
Nie udało się.

You may also like

2 komentarze

    1. Podobałoby Ci się w Anglii, jestem tego niemal pewna. Niedoskonałość, patyna czasu – tutaj to powód do dumy. Mają to szczęście, że wojny nie przemaszerowały przez ich kraj tak jak przez Polskę… Nie musieli po raz kolejny zaczynać wszystkiego zaczynać od nowa.
      A co do gejowskiego ślubu w Polsce i traktowania go jak czegoś zupełnie naturalnego – moja córka stwierdziła, że ona doskonale sobie to wyobraża. Cóż, albo wychowałam posiadaczkę nieokiełznanej wyobraźni, albo wciąż jest nadzieja 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *