Koniec świata

Koniec świata wciąż trwa. Zaczął się trzy dni temu, lecz anonsowany był wcześniej – nikt nie może więc narzekać, że go nie ostrzeżono.
Koniec świata, a dokładniej: śnieg i mróz. Gdzieś w Zjednoczonym Królestwie zanotowano nawet podobno dwanaście stopni poniżej zera. Tu gdzie ja mieszkam tylko minus siedem, ale zdecydowanie bardziej przerażające niż minus siedem w Polsce.
Na próby uzyskania wyjaśnień dlaczego minus siedem i pięć centymetrów śniegu to koniec świata, Brytyjczycy odpowiadają wymijająco: „Och, wy po prostu jesteście przyzwyczajeni!”. Z lekką wyższością odpowiadają. Jakby „przyzwyczajeni” w tłumaczeniu znaczyło, że Litwini, Finowie czy mieszkańcy Suwałk na przykład, każdego października pokrywają się twarzowym, naturalnym futerkiem, a ich krew zamienia się w czysty spirytus. Po czym, tak przygotowani, bez trudu mogą oczekiwać wiosny.
 
Koniec świata – jak to koniec świata. Szkoły pozamykane. Pociągi nie dojeżdżają. Samoloty nie odlatują. Media doradzają zrobienie konkretnych zapasów spożywczych, a samochody ślizgają się po zaśnieżonych ulicach. (Opony zimowe to świetny wynalazek, który jednak nie przemawia do Brytyjczyków.)
Śnieg otula świat puszystą kołderką. Wszystko jest ciche, spokojne, czyste. Płatki wirują w świetle latarń. Dzieci lepią bałwany. Psy wariują oszołomione zupełnie nowym, niespodziewanym szczęściem.
Tak jak podejrzewałam – koniec świata jest piękny.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *