Sztuka latania

Zmęczyła mnie rzeczywistość. Oczywiście: interesuję się, angażuję się, wiem jakie to ważne. A jednak chwilowo mam dość. Tego jak robimy sobie wrogów niemal w całym współczesnym świecie. Tego jak niszczymy demokrację, jakby kompletnie nie miała znaczenia, jakbyśmy nie zdawali sobie sprawy, że kiedyś, pewnie bardzo niedługo, słono za to zapłacimy. Mam dość słuchania o tym co znowu wymyślił Trump. Mam dość Brexitu. Mam dość patrzenia na twarze syryjskich dzieci z komentarzami, że „najlepiej pomagać im na miejscu”.
To nawet nie tak, że chciałabym się zamknąć w tęczowej banieczce wewnętrznej emigracji i odciąć się od depresyjnych wiadomości. Mogłabym się przecież wtedy skupić na przygotowywaniu szpinakowych smoothie, wrzucaniu na Instagrama nastrojowych zdjęć czy wnikliwym rozpatrywaniu wszystkich za i przeciw ciemnoszarym kuchennym blatom. Mogłabym. Nie będę się jednak oszukiwać: nie uda mi się zapomnieć o rzeczywistości tylko dlatego, że bardzo tego chcę.
Jestem więc na etapie opracowywania innej taktyki. Szukam wokół siebie, szukam w wiadomościach tego co nie depresyjne, a wprost przeciwnie: afirmujące życie i dające nadzieję. Zbieram te okruszki, układam ostrożnie jeden obok drugiego, chucham i dmucham.
Czasami trafiam na zaskakujące rzeczy. Ostatnio na przykład krowy.
Wydawałoby się – nic nudniejszego niż taka krowa. Przeżuwa i wydala. Ewentualnie daje mleko. Nie ma marzeń ani skomplikowanego życia wewnętrznego. Dokładniej: nie ma żadnego życia wewnętrznego. Nie za wiele da się o krowach powiedzieć. Może to, że mają ładne oczy.
Jak się okazuje to niekoniecznie prawda. Owszem, mają ładne oczy, ale niektóre mają także niepokorne dusze. Na przykład ta, która porzuciła dobrze znaną, bezpieczną oborę i oddaliła się bez zezwolenia. Uciekinierka przyłączyła się do stada żubrów i wygląda na to, że nieźle daje sobie radę. Obie strony szanują swoje odmienności i wyglądają na zadowolone z rozwoju wypadków. Może różnią się kolorem i pochodzeniem, wychodzi jednak na to, że różnice te nie mają znaczenia.
Druga krowa uciekła z transportu do rzeźni. Była zdeterminowana. Walczyła zaciekle. Owszem, wzięła ludzi z zaskoczenia (w końcu nikt nie spodziewa się oporu po krowie), ale nic to nie ujmuje krowiemiu heroizmowi.
Udało się. Wyrwała się na wolność. Włóczyła się po łąkach i polach, całkiem nieźle dając sobie radę. Nie mam pojęcia czy była perfekcyjnie szczęśliwa, ale pewnie przynajmniej całkiem zadowolona. A w dzisiejszych czasach to już sporo.
Niestety, tu znów pojawia się człowiek. Mogłabym napisać: pojawia się człowiek i jak zwykle wszystko niszczy. Tyle, że to nie byłaby do końca prawda. Człowieka (a dokładniej weterynarza) ujęła krowia historia. Odkupił krasulę od właściciela i chciał jej dać spokojną przyszłość. Zdecydowanie żadnej rzeźni. Wiosenne i letnie dni na pastwisku. Zimowe wieczory w ciepłej oborze. Bajka. Zen. Ale cóż… Fairytale gone bad.
Krowa została uśpiona, żeby łatwiej dało się ją ująć. Wszystko zgodnie z planem. Wszystko zgodnie z weterynaryjną sztuką. A jednak nasza dzielna bohaterka nigdy się już nie obudziła. Krowie serce nie wytrzymało. Najwyraźniej nie wierzyło w dobre zakończenia.
 
Krowy dokonały niemożliwego. Te bezmyślne, bez duszy, bez życia wewnętrznego. Potulne.
Można, prawda?
Można próbować coś zmienić. Można się nie poddawać. Można upaść, ale później podnieść się po raz kolejny. Można walczyć, choćby wszystko wskazywało, że i tak przegramy.
Po to przecież zostaliśmy stworzeni. Przez bogów, przez ewolucję… Nieważne. Dostaliśmy możliwość wyboru. Dostaliśmy najróżniejsze możliwości. Czasami malutkie. Tak malutkie, że wręcz wydają się niemożliwościami. Nie dowiemy się jednak czym są naprawdę jeśli nie spróbujemy.
Warto te możliwości-niemożliwości ułożyć przed sobą. Chuchać, dmuchać, dodawać odwagi. A któregoś dnia po prostu zamknąć oczy i skoczyć.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *