"Nie" z różową wstążeczką

„Tak, przyznaję, nie jestem asertywna.”
Dokładnie tak miał się rozpoczynać ten post. A później miało być, że może w zasadzie rzeczywiście nie jestem asertywna, ale za to zdarza mi się asertywną bywać.
Napisałam pierwsze zdanie i utknęłam. Przez całe życie byłam przekonana, że nie jestem asertywna. Przez większość życia rzeczywiście asertywna nie byłam.
Przez większość życia byłam typową grzeczną dziewczynką. Nie wydaje mi się, żeby moja rodzina specjalnie naciskała wtłaczając w jakieś ramy i nie pozwalając się rozwijać i uzewnętrzniać. Ja po prostu BYŁAM grzeczną dziewczynką. Kiedy inne dzieci walczyły w piaskownicy o zielone grabki albo foremkę w kształcie żaby, ja przenosiłam się poza piaskownicę zadowalając się kamyczkami i listkami, z których przecież i tak dawało się tworzyć nowe wszechświaty. A kiedy kilka lat później nauczyłam się czytać, nie miałam już żadnych powodów do niegrzeczności. Ani nawet czasu, żeby być niegrzeczną. Zajęta byłam czytaniem. Moi literaccy ulubieńcy realizowali moje ewentualne potrzeby buntu i kontestowania konwenansów. Ania z Zielonego Wzgórza popełniała wszelkie możliwe błędy i pomyłki, Piotruś latał, Alicja odkrywała Krainę Czarów.
Może to właśnie od nich powinnam nauczyć się magicznego „Nie”, które życie chwilowo utrudnia, ale w perspektywie – genialnie upraszcza. Ale się nie nauczyłam. Żyłam życiem moich literackich bohaterów sama będąc jednocześnie tą cichą dziewczynką z książką. Przez wiele lat to wystarczało.
Przyszła jednak chwila kiedy rezygnacja z integracji w piaskownicy i zaszywanie się w kącie nie wystarczyło. Przyszła jednak chwila kiedy trzeba było zacząć żyć naprawdę. Bez „Nie”, które wciąż pozostawało poza moim zasięgiem.
Rozwiązanie okazało się proste. Czasami dość irytujące dla moich bliskich (jestem tego pewna, choć nie zawsze mówili mi o tym wprost), ale jednak proste.
Działałam popularną metodą „faktów dokonanych”. W ten sposób zmieniłam szkołę (tuż przed maturą). W ten sposób przyprowadziłam do domu naszego pierwszego psa (który ostatecznie okazał się oczywiście ulubieńcem rodziny i bardzo szybko wszyscy nie potrafiliśmy sobie wyobrazić życia bez niego). W ten sposób zdecydowałam, że wolę studia zaoczne od stacjonarnych. I dokładnie w ten sam sposób wyprowadziłam się z domu.
Zaskakująco, nigdy nie miałam problemu z mówieniem „Nie” w związkach. Pewnie dlatego, że opierały się one na konsensusie. Zawsze udawało się nam „wydyskutować” porozumienie, mimo że dyskusje bywały ogniste, naprawdę ogniste.
Jednak w pracy i w codziennych, szeroko pojętych, kontaktach międzyludzkich „Nie” wciąż mi nie wychodziło. Grzeczna dziewczynka nie zamierzała się poddawać.
A dlaczego?
Bo nie musiała.
W domu osiągała perfekcyjną równowagę kompromisem i negocjacjami. To co działo się poza domem nigdy nie było na tyle istotne, żeby walczyć i protestować. Lekko bezsensowne polecenie szefa? Cóż, to tylko praca. Niezbyt uprzejma pani w sklepie? Nic wielkiego, pewnie po prostu ma gorszy dzień. Niespełniający oczekiwań lekarz w przychodni? Jeśli nic się nie zmieni zawsze można poszukać nowego.
„Tak, przyznaję, nie jestem asertywna” jeszcze kilka lat temu byłoby prawdą. Wychodziłam z piaskownicy, a życie i tak toczyło się w miarę gładko.
Wygląda na to, że niepostrzeżenie się to zmieniło. Dojrzałam? Zostałam zmuszona? Pewnie i jedno, i drugie.
Zostałam samotną mamą, czasami więc, jak mama lwica, nie miałam wyjścia.
Zderzyłam się z polskim kapitalizmem, co bywa bolesne.
Zderzyłam się z rzeczywistością.
Tak rodziła się moja asertywność. Na początku jakaś taka kulawa, można powiedzieć, że nawet trochę pokraczna. Obwąchiwałyśmy się nieufnie. Długo udawałam, że jej nie znam. Nie pasowała do mnie. Wciąż gotowa byłam powiedzieć: „Tak, przyznaję, nie jestem asertywna”. Niby z lekkim żalem, ale w rzeczywistości ze śmieszną dumą. Że taka jestem niedzisiejsza, taka wierna sobie, taka… grzeczna dziewczynka.
Rzecz w tym, że dziś już jestem asertywna. Używam „Nie”. To nie moje ulubione słowo, ale jednak używam. Z reguły jest ładnie zapakowane w uprzejmości i uśmiechy. Posłodzone. Ale to wciąż „Nie”.
Nie nadużywam go – nieuprzejme pani w sklepie wciąż nie jest problemem. Są jednak chwile, kiedy „Nie” przychodzi mi dość łatwo. Szczególnie jeśli chodzi o dobro kogoś, kto w danej chwili sam nie jest w stanie zaprotestować.
Używam najlepszego papieru w różyczki. Obwiązuję różową wstążką. I wręczam. Z najpiękniejszym uśmiechem na jaki mnie stać.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *