Ryzyko oswojenia

Każdy z nich jest opowieścią. A my za wszelką cenę staramy się, żeby te opowieści pozostały niepoznane.
Pamiętacie Małego Księcia i Lisa, którego oswoił? „Na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś”.
Z zasady więc staramy się ich nie oswajać. Nie wiedzieć co robili wcześniej. Jak mają na imię dzieci. Czy mają psa. Czy może jednak preferują koty.
Czasami się nie udaje. Szybko się okazuje, że Sheila tak naprawdę nie lubi być Sheilą i woli swoje drugie imię – Joyce. Że Joyce stara się uśmiechać nawet kiedy czuje się pod psem. Że nie potrafi się oprzeć czekoladzie i ogląda „te swoje głupie seriale”, jednak bardziej z nudów niż z przekonania.
Roger nigdy nie omieszka powiedzieć: „Ktoś tutaj pięknie pachnie”, kiedy mam na sobie Burberry Brit. Zdecydowanie ma do nich słabość. Podobnie jak do swojego ogrodu. Roger przyznał ostatnio, że razem z Alanem, swoim partnerem, potrafią wydać na ogród nieprzyzwoite pieniądze. Specjalistyczne łóżko, które właśnie dotarło do domu Rogera i Alana, stoi w salonie. Bo stąd Roger będzie mógł patrzeć na ogród.
Helen jest czterdziestolatką. Singielką. Jest bardzo blisko ze swoją siostrą i rewelacyjnie gra na gitarze. Zawsze miała krótkie włosy, więc niespecjalnie się przejęła, kiedy zaczęła je tracić. Zwłaszcza, że siostra nie przyznaje wyszukiwać dla niej absolutnie oszałamiających chustek we wszystkich możliwych wzorach i kolorach.
Ben ma tylko dziewiętnaście lat i jest najstarszy z szóstki rodzeństwa. Jego mama stara się spędzać z nim jak najwięcej czasu. Zawsze przychodzi z najmłodszym synkiem, dwulatkiem na oko. Bywa naprawdę głośno. Zwłaszcza jak na hematologię. Mama Bena nie lubi widoku krwi, więc kiedy Ben ma transfuzję, zarzucamy na kroplówkę poszewkę – to rozwiązuje problem.
Graham z żoną prowadzą małą cukierenkę, więc na oddział od czasu do czasu trafiają pudła rewelacyjnych muffinek.
Colin poznał miłość swojego życia w wieku 73 lat. Dziś oboje z Tracy są po osiemdziesiątce i ze świecą szukać szczęśliwszej pary. Tracy wpada zaraz po śniadaniu, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Wulkan energii. Drobniutka blondynka w dżinsach i balerinach. Mimo wieku piękna i seksowna.
Nie my podejmujemy decyzję o oswojeniu. To się po prostu dzieje. Przychodzą do nas wystraszeni, jeszcze w szoku po diagnozie, która spadła jak grom z jasnego nieba, często bez żadnego ostrzeżenia. Wiemy, że często zostaną z nami na długo. Na całe tygodnie. A i później z reguły będą wracali. Od czasu do czasu, miesiącami, latami.
Choćbyśmy nie wiem jak bardzo starali się utrzymać „zdrowy, profesjonalny dystans w relacjach z pacjentami” nie do końca i nie zawsze się to sprawdzi. W końcu i tak okaże się, że to nie tylko pacjent, ale ktoś kto ma imię, nie jada pomidorów i ma kota, który został w domu i tęskni.
Próbuję to sobie poukładać z perspektywy filozoficznej. Mimo, że często żyjemy tak jakbyśmy byli nieśmiertelni (ba, niektórzy, w tajemnicy, wręcz wierzą, że oni akurat SĄ nieśmiertelni), to dobrze jednak mieć w tyle głowy świadomość, że nie zostaniemy tu na zawsze. Dotyczy to mnie, dotyczy to naszych pacjentów.
Jak bardzo nie byliby mi bliscy, nigdy nie zapominam, że toczą walkę na śmierć i życie. Niektórzy przegrywają.
Sporo z tych, którzy przegrali zostaje ze mną na długo.
Niektórzy pewnie nawet na zawsze.
Jak Desmond. Jeden z moich pierwszych pacjentów. Pierwszy Irlandczyk, którego poznałam osobiście. Dżentelmen starej daty. Trudno wyobrazić mi sobie bardziej czarującego mężczyznę.
Dee. Drobniutka, zawsze roześmiana. Nie było nocnej zmiany bez Dee, która pojawiała się cichutko jak duch, mniej więcej w okolicach północy i, trochę przepraszająco, trochę filuternie, pytała czy nie byłoby zbyt dużym problemem, gdyby poprosiła o kubek gorącej czekolady.
Dan. Miał dwadzieścia trzy lata i dziewczynę, która odwiedzała go codziennie. Nieśmiała, długowłosa blondynka, Sarah. Dan trafił od nas do hospicjum. Zdążył tam wziąć ślub. Na dwa tygodnie przed śmiercią.
 
Dzielnie opieramy się pokusie oswojenia. Albo wydaje się nam, że się opieramy, bo przecież w końcu i tak się poddajemy.
Może to i lepiej.

You may also like

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *