Morze drugiej kategorii

Do tych, którzy zazdroszczą mi codziennej bliskości morza: każdy kij ma dwa końce.
Owszem, mam na wyciągnięcie ręki szum fal i spacery o zachodzie słońca. Niby super. A jednak wszyscy wiemy jak to jest z rzeczami „na wyciągnięcie ręki”. Nie korzystamy z nich. Właśnie dlatego, że są pod ręką. Zawsze jest coś pilniejszego niż spacer po plaży. Plaża nie zniknie do jutra. Ani nawet do przyszłego tygodnia.
Z tego powodu, w ostatnich miesiącach, widziałam morze dwa razy (plus kilka z okien samochodu, ale to się nie liczy).
Dodatkowo moje uczucia do miejscowego morza są lekko ambiwalentne. Bo plaże kamieniste; o rozgrzanym słońcem piasku można tylko pomarzyć. A samo morze to właściwie nie morze, tylko Kanał. (English Channel – Brytyjczycy nie przyjmują do wiadomości istnienia Kanału La Manche. Nawet nie próbujcie ich przekonywać, że reszta świata ma na mapach Kanał La Manche. Ja próbowałam – nie polecam.) Niby więc morze, w gruncie rzeczy przypomina raczej spore jezioro. Dzikość i nieprzewidywalność żywiołów – niedostrzegalna. (Nie twierdzę, że nie istnieje. Pewnie istnieje. Jednak w bardzo subtelnej formie.)
Wiecie czego jeszcze mi brakuje? Tęsknoty. Oczekiwania. Na te kilka tygodni nad morzem czekało się cały rok. Tęskniło się od chwili powrotu. Właściwie od chwili, gdy zatrzaskiwały się drzwi samochodu lub pociągu, a my ruszaliśmy w drogę powrotną.
W dzieciństwie wszystkie wakacje spędzałam nad Bałtykiem. Jechaliśmy tam z południa, spod samych gór prawie. 400, 500, 600 kilometrów. Długie, rozgrzane słońcem dni. Gęsia skórka i sine z zimna wargi, kiedy mama nie mogła się doprosić, żebyśmy wreszcie wyszli z wody. Słony smak skóry. Piegi na nosie. Włosy rozjaśnione słońcem, niemal do białości. Wieczory pachnące smażoną rybą. Lepkie od cukrowej waty palce. Piasek – wszędzie. We włosach, butach, walizkach. Muszelki. Bursztyny. Słonawy, jedyny w swoim rodzaju zapach powietrza. Jeden z moich ukochanych.
 
Tu morze nie pachnie.
Mamy za to klify, na które przyjeżdżają ludzie z całego świata, żeby skoczyć i stylowo zakończyć życie.
Mamy klimatyczną marinę.
Jest Pier ze złotymi kopułami.
Morze (bo to przecież jednak morze, nawet jeśli tylko kanał) z reguły jest srebrzyste. Srebrno-niebieskie. Srebrno-zielone. Srebrno-szare.
 
To morze jest dalekie od ideału. A jednak mam mgliste przeczucie, że wciąż znajdą się tacy, którzy będą mi zazdrościć 😉.

You may also like

23 komentarze

    1. Coś mi się mętnie kojarzy z wpływem na klimat – ze szkoły jeszcze. Mogę się jednak mylić, nigdy za geografią nie przepadałam. A poza tym: świat bez kojącego szumu fal?… Nie, to nie byłoby to samo :).

      1. Geografia? To królową nauk, ale ta stosowana!
        A wyraz klimat czy klimatycznie, albo sorry taki mamy klimat. Jest nadużywany:-|

      1. Navigare nesecce EST, to moje drugie imię. Kiedyś na na pacyfiku zabrakło nam wszystkich systemów nawigacyjnych. A jest ich trochę. Został sekstant i zegarek. Ale
        Trafiliśmy na Amerykę:-P
        Co prawda jest dość pokaźną:-D

  1. Ja również mieszkałam nad morzem i bardzo mi się tam podobało. Lubię szum fal i przede wszystkim spacer w takim miejscu. Cieszę się, że już za dwa tygodnie, będę miała okazję pospacerować nad morzem:)

  2. Nigdy nie doceniamy tego, co mamy 🙂 zawsze chciałam mieszkać nad morzem, chodzić na spacery po plaży itp. I co? Jestem podobnie, jak Ty nad morzem kilka razy do roku 🙂 a mam do niego zaledwie 5km! 🙂

  3. Ojej jak byłam mała to chciałam mieszkać nad morzem, teraz cieszę się, że mam do niego daleko, bo jak rzyjadę to kilka dni starczy, abym się nim nacieszyła!

  4. Przypomniałaś mi wakacje z dzieciństwa.. Mnie jeszcze morze kojarzy się z zapachem dzikich róż 🙂 Od naszego ośrodka na plażę prowadziła piaszczysta alejka obrośnięta ogromnymi, różowymi, pachnącymi jak szalone różami. I wszędzie leżały ich płatki… Morze i fale super, zabawy w piasku też super, ale te róże to pamiętam do dziś najbardziej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *