Writers Tears

Przyznaję (choć może niektórzy i bez tego zdążyli się zorientować), jestem beznadziejnie zakochana w słowach. W książkach, tekstach, blogach, dialogach. Kiedy nie mam pod ręką żadnego słowa drukowanego (ebook też się nada – „w tym temacie” wybredna nie jestem) zaczynam się czuć nieswojo. W skrajnych wypadkach nawet blisko paniki. Na szczęście ratunek jest stosunkowo łatwy – kilka słów z reguły wystarczy. Etykieta powideł śliwkowych, a nawet rachunek za prąd pomagają w niemal stu procentach przypadków.
Dwie książki przy łóżku, e-book w torebce, kindle i kilka audiobooków w smartfonie, czytadło z charity shopu na kuchennym blacie – tak na wszelki wypadek, żeby nie ograniczać się do samych etykietek. Myślę, że spokojnie można to podciągnąć pod uzależnienie.
Uzależnienie, które ma jeszcze jeden, trochę niepokojący, objaw.
Bo ja, proszę Państwa, bywam nadwrażliwa na słowa same w sobie.
Weźmy na przykład Shelley, z którą mamy konwersacje po angielsku. Shelley jest miła. Tak po prostu. Bo i uśmiechnięta (ok, to uśmiech angielski, według niektórych nie do końca szczery, ja osobiście jednak bym się nie czepiała), i nie za chudziutka (tak, wiem, że to dyskryminacja, ale jakoś trudniej mi zaufać ludziom z idealnymi figurami). Przyjacielska. Ciepła.
Jednak to nie wszystko. Bo gdyby Shelley wcale nie była Shelley, a, dajmy na to, Janet… No cóż, i tak bym ją lubiła, ale jednak trochę mniej. Tymczasem Shelley nie tylko brzmi miło, ale i dzieli imię z nazwiskiem Mary Shelley. A to prawie tak samo jakby udało się jej uszczknąć odrobinkę tej aury romantyczności i tajemniczości…
Możemy też, dla przykładu, wziąć wyścigi konne. Nie, żebym kiedykolwiek miała okazję wziąć w takowych udział. Nawet specjalnie zainteresowana nie jestem. Ale te imiona… Czysta poezja… Nie mam pojęcia jak ludzie są w stanie dokonać wyboru między Różową Chmurą a Wallenrodem?…
 
Całkiem ostatnio poddałam się przy Writers Tears.
Wyobraźcie sobie, że to whiskey. Irlandzka. I, że rzeczywiście nazywa się Writers Tears.
Absolutnie i w żadnym wypadku nie jestem znawczynią whiskey. Jak jednak mogłam nie ulec tym łzom? Uległam w imieniu wszystkich rzeźbiących słowem. Blogerów, pisarzy, dziennikarzy, zakochanych piszących listy miłosne. I oczywiscie copywriterów. Wszystkich, którzy zmagają się ze słowem. Czasami się poddają – jednak nie na dobre, raczej na chwilę. Bo wiadomo, że spróbują jeszcze raz. I będzie lepiej. Albo przynajmniej inaczej. Uległam – przez łzy wylane i te, które uwięzły w gardle. Moje i wszystkich innych, walczących na szeroko pojętym polu literatury.
A kiedy jeszcze doczytałam w recenzjach o lekkich, słodkawych, miodowo-owocowych nutach…
Chwilowo powstrzymuje mnie tylko cena.
Bo przecież Writers Tears miewają i podłoże finansowe. Całkiem często.

You may also like

2 komentarze

  1. Urocze 🙂 może nie mam aż takiego fioła na punkcie słów, ale zdarzało mi się wybrać cel podróży że względu na pięknie brzmiącą nazwę miejscowości lub hotelu. Jestem przekonana, że słowa mają swoją moc. A czy czytałaś kiedyś książki Anny Brzezińskiej? To fantastyka, ja akurat bardzo lubię, nie wiem jak Ty, ale poza tym uwielbiam jej styl pisania. Tworzy z wyrazów zdania, jakby układała naszyjnik z perełek. No, może poza tym, że jeden z głównych bohaterów nosi dumnie imię Wężymord, i cały czas go widzę w wyobraźni z taką wężową mordką 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *