Prosto i uważnie na co dzień. Czyli o tym co najważniejsze

Ta książka jest ze mną już przez jakiś czas. I wszystko wskazuje, że zostanie jeszcze na długo.
Może zabrzmi to dziwnie, ale w jakiś sposób nosiłam ją w sobie jeszcze zanim ją przeczytałam. Przypuszczam, że nie jestem jedyna. Sporo z tego o czym napisała Agnieszka Krzyżanowska (także autorka bloga Agnes on the cloud), wiedzieliśmy. Albo przynajmniej przeczuwaliśmy.
Gdzieś w środku zdajemy sobie sprawę, że esencjalizm, zwolnienie tempa, skupienie się na tym co najważniejsze, będzie mieć na nas wyłącznie pozytywny wpływ. A jednak lekceważymy te wewnętrzne głosy i uparcie gnamy przed siebie. Bierzemy udział w wyścigu, który nas zabija.
Być może używam zbyt wielkich słów. Być może „zabija” to za mocno powiedziane. Być może tylko zabiera kawałek naszej duszy, kawałek nas, kawałek tego kim rzeczywiście jesteśmy. Bo przecież to niemożliwe, żebyśmy wszyscy chcieli biec w jedną stronę, kompletnie lekceważąc wszystkie inne drogi.
Słowa zbyt wielkie dla innych, są jednak perfekcyjnie skrojone dla mnie. Mnie ten wyścig zabijał. Znikałam. Pojawiała się ta obca kobieta, gnająca przed siebie, bo przecież  tak trzeba. Nawet dziś zdarza mi się znikać, pędzić bezrefleksyjnie, bo praca, obowiązki, pieniądze. Bo nie da się inaczej. Co oczywiście nie jest prawdą. Książka Agi udowadnia to w piękny sposób.
Tak jak napisałam wcześniej idee zawarte w „Prosto i uważnie na co dzień” kiełkowały we mnie latami, na długo zanim przeczytałam tę książkę. Próbowały się przebić z podświadomości, ale ja niespecjalnie im pomagałam. Czułam, że coś jest nie tak, jednak nie byłam gotowa na zmiany.
Bo jak to tak: uznać, że to nie produktywność jest podstawą? Jak przestać żyć od jednego celu do kolejnego, bez chwili oddechu? Przecież wszyscy inni tak żyją. W internecie, w telewizji, w kolorowych magazynach – ludzie sukcesu. Idealni, piękni, zdobywający wszystko czego zapragną. A ja?… Przez większość czasu byłam porażką. Jedyne co mogłam robić to się starać. A potem starać się jeszcze bardziej.
Mnie uratowała epilepsja – jakkolwiek dziwnie i zaskakująco to zabrzmi. W moim wypadku pojawiła się bardzo późno, bo po czterdziestce. Prawdopodobnie jako wynik stresu spowodowanego nagłą śmiercią męża, przeprowadzką do innego kraju, tęsknotą za najbliższymi, kompletną zmianą życia.
To ona zmusza mnie do bycia tu i teraz. Wiem, że kiedy znów się rozpędzę, żeby bezrefleksyjnie pobiec przed siebie, ona da mi prztyczka w nos i usadzi w miejscu. Teraz, często, po prostu jestem – w tej chwili, w tym miejscu. Czuję się usprawiedliwiona nawet jeśli nie robię nic. Albo robię nic – zależnie od punktu widzenia.
Ja nie podyskutuję z moją epilepsją. Ona osadzi mnie w „tu i teraz” i przekona, że przyglądanie się kroplom deszczu spływającym po szybach jest dokładnie tym czego w tej chwili potrzebuję.
Większość z nas jednak targuje się z otaczającą nas rzeczywistością. Przesuwamy granice naszych możliwości. Jeszcze trochę dalej, jeszcze trochę bardziej.
„Żyjemy w naprawdę szalonym świecie. Oprócz szaleństwa konsumpcji otacza nas szaleństwo bodźców, informacji, trendów, ilości lajków i wymagań. Wydaje się, że w tej dzikiej dżungli musimy być nieustannie obecni i gotowi na zmiany. Ma być więcej, więcej i więcej. Coraz więcej potrzebujemy, żeby nie zostać w tyle. Żyjemy w stanie permanentnego stresu od nadmiaru obowiązków, którym nie jesteśmy w stanie sprostać.”   (fragment książki)
W odpowiedzi na ten przesyt i szaleństwo Aga radzi na nowo odnaleźć to co dla nas najważniejsze, chwycić mocno i już nie wypuścić z rąk. Ponownie usłyszeć to co szepcze nam w ucho nasza własna intuicja i tego się trzymać. Być OBECNYM – dla dzieci, partnera, przyjaciół, psa.
Na końcu drogi nic więcej nie będzie się liczyło.

You may also like

14 komentarzy

  1. Dziękuję pięknie za poświęcenie osobnego tekstu mojej książce. Również za to, że znam Cię teraz troszkę więcej💙💙💙śviskam bardzo, bardzo mocno😘

    1. Wciąż jestem pod wrażeniem jak pięknie i prosto wyraziłaś rzeczy, które wcale nie są takie proste. Jak niewiele trzeba, żeby zmienić swoje życie, a jednocześnie jak trudno konsekwentnie trzymać się tych zmian. Jeszcze raz dziękuję.

  2. Przeraża mnie Twój wpis. Bardzo trafił w sedno tego, czym ostatnio żyję. Akurat tak się złożyło, że jestem w ciągłym biegu, zmęczona do granicy łez, przeciążona obowiązkami. Zdaję sobie sprawę, że to kiedyś pierdyknie, i to z hukiem, ale tak sobie mówię, jeszcze trochę pociągnę, może się wyprostuje, może dam radę odpocząć. Ale chyba wreszcie do mnie dotarło, że coś trzeba odpuścić. Tylko nie mam pojęcia co i jak, bo wszystko powiązane ze sobą nawzajem. W każdym razie – dziękuję. Mądrze rzekłaś, a raczej napisałaś, i trafiło do mnie.

    1. Pewnie trochę jesteśmy do siebie podobne. Trochę syndrom perfekcjonistki. Trochę: „Jest jeszcze tyle rzeczy, które mogłabym zrobić. Które chciałabym zrobić. Jeśli się uprę upchnę coś o 5.50 rano. I może wykroję jakieś pół godzinki w okolicach północy”. Mnie życie usadziło w miejscu, choć wciąż, całkiem często, zdarzają mi się podobne zrywy. Ciebie podziwiam i trzymam kciuki, żeby wszystko się poukładało. Pozdrawiam ciepło 🙂

  3. Ja jeszcze nie przeczytałem książki. Leży i czeka na specjalną okazję. Ale przeczytam na pewno 🙂
    A choroby mają dużą moc edukacyjną. Moim nauczycielem jest cukrzyca…

    1. To niewątpliwie jedna z tych książek, do których się wraca. I za każdym razem odkrywa się coś nowego. W dodatku jest tak pięknie wydana… A co do chorób: to chyba jedna z najlepszych życiowych lekcji – wynieść z tego co niekoniecznie dobre jak najwięcej pozytywów. Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *