Dziewczynka w czapce z pomponem

Osłupiałam. A najzabawniejsze jest to, że przez chwilę nie miałam pojęcia dlaczego osłupiałam. Przez kilka sekund usiłowałam ustalić co mi się nie zgadza. I daję słowo: choć mój mózg pracował na najwyższych obrotach to była całkiem długa chwila.
W końcu znalazłam winną.
Ona: dziesięcio-, jedenastolatka – oceniając na oko. Czas: niedzielne południe. Miejsce: nieduże angielskie miasto, chodnik przy niezbyt ruchliwej ulicy. Ja: na spacerze z psem, jak zwykle trochę oderwana od rzeczywistości, z słuchawkami na uszach.
Miała plisowaną spódniczkę i rozpiętą kurtkę, która zsuwała się jej z ramion. Błękitny plecaczek. I śmiesznie przekrzywioną czapkę z wielkim pomponem. Ciemne włosy rozsypane na plecach w niezdyscyplinowanych falach i kędziorach.
Szła podskakując. Powiedziałabym nawet, że… tanecznie.
Wyprzedzała mnie, ale zwolniła kroku, kiedy znalazłyśmy się na tym samym poziomie. Uśmiechnęła się. I to właśnie był moment kiedy osłupiałam.
Nie, żeby tutaj, w UK, ludzie się do siebie nie uśmiechali. Wprost przeciwnie. Szczególnie w niedużych miasteczkach, takich jak moje.
Więc – nie. To nie sam uśmiech wprawił mnie w osłupienie. Chodziło raczej o okoliczności w jakich zostałam nim obdarzona. To nie był uprzejmy ślad uśmiechu pod tytułem „Bo tak wypada”. To był szczery, radosny, szeroki uśmiech. Taki jaki dostajemy po długim dniu poza domem. Jeśli mamy szczęście i czeka na nas ktoś stęskniony. To był uśmiech pod tytułem „Dobrze, że istniejesz”. A skierowany był do świata, do ludzkości w ogólności. Ja odebrałam go jako tej ludzkości przedstawicielka. Choć, jednocześnie, skierowany był i do mnie osobiście. Wiem, że to skomplikowane i dziwne. I że opowiadam pokręcone historie bez sensu.
Może i tak. Nie przeszkadza mi to jednak wcale chcieć więcej takich historii. Nie przeszkadza mi marzyć o świecie… może niekoniecznie wypełnionym Pollyannami i Aniami z Zielonego Wzgórza. Ale o świecie, w którym moja opowieść o dziewczynce w czapce z pomponem nie wywoływałaby przerażonego: „Ależ to zaproszenie dla wszelkiej maści pedofili! Ktoś powinien ją przestrzec przed uśmiechaniem się do nieznajomych! Gdzie są rodzice?!”.
Tęsknię do świata, gdzie dzieci będą mogły się najzwyczajniej uśmiechać, bez zakładania, że narażają się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Gdzie nie będą z założenia nieszczęśliwe, bo ktoś inny ma lepszy smartfon, lepszy komputer, lepsze ciuchy.
Czasami patrzę na nie, kiedy wracają ze szkoły. Odnoszę wrażenie, że w ustawieniach fabrycznych mają wpisane: „Nieusatysfakcjonowane”, „Niezadowolone”, „Nie do końca szczęśliwe”.
Nie wiem… Może tylko brytyjskie dzieci tak mają?

You may also like

7 komentarzy

  1. Coś w tym jest. Patrząc na moje dzieci, to mają one dwa tryby. Albo: jestem-absolutnie-nieszczęśliwa-bo-on-dostał-milimetr-ciasta-więcej, albo pełnia szczęścia, entuzjazmu, radości, miłości do całego świata. Chyba niedojrzaly układ nerwowy. Inaczej mówiąc, mega intensywne przeżywanie świata. W sumie przynajmniej czują pełnię smaków i kolorów.

    1. O tym nie pomyślałam… Pewnie, przynajmniej z tego powodu, warto czasami dać dojść do głosu naszemu „wewnętrznemu dziecku” ;). I poczuć mocniej i bardziej. Nie przejmując się dziwnymi spojrzeniami z boku :).

  2. To wiele zależy od otoczenia tych dzieci, chyba o wiele szerszego niż rodzice… przysłowiowej „całej wioski”… 🙂 wiadomo, że nigdy nie będzie to bezpieczny świat (i jestem temu przeciwna; świat jest niebezpieczny, dla dzieci bardziej niż dla dorosłych, nic tego nie zmieni) ale jeśli takie dziecko urodziło się w odpowiednim miejscu i czasie (wciąż się to zdarza) to ma w otoczeniu taki „bufor bezpieczeństwa”… który daje mu czasem chwile szczęścia 🙂

    1. Problemem jest chyba także to, że nasz świat tak bardzo się powiększył. Dziś – dzięki, amoże z winy internetu – nasza „cała wioska” to już niemal „cały świat”. To na pewno nie ułatwia bycia dzieckiem.

  3. Zostać obdarzonym takim uśmiechem to wielkie szczęście. Niektórzy taką moc uśmiechu posiadają. Pamiętam poranny spacer w parku. Z przeciwka szedł starszy pan z pieskiem i powiedział do mnie „dzień dobry”. Zdarza się, że obce osoby mówią do mnie dzień dobry w parku. Ale to dzień dobry było takie szczere, pozytywne, serdeczne – nie wiem jak nazwać, ale te dwa słowa sprawiły, że cały dzień miałem bardzo pozytywny. Nawet dzisiaj się uśmiecham, choć to się zdarzyło rok temu!

    1. Tu gdzie mieszkam ludzie dość często obdarzają się „dzień dobry” – uważam, że to wyjątkowo miły zwyczaj. A jednak ten dar „specjalnego” uśmiechu posiadają tylko nieliczni 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *