Być może jest całkiem inaczej…

Wczoraj niemal nie zginęliśmy.
A wszystko przez wielkiego Range Rovera i drobną dziewczynę z ciemnymi włosami.
Wyjechała przed nas prosto ze szpitalnego parkingu. Musieliśmy całkiem ostro zahamować, żeby nie wjechać w tył jej samochodu.
Później było tylko gorzej. Slalom między krawężnikiem a środkiem jezdni. Wymuszanie pierwszeństwa na skrzyżowaniach. Tam, gdzie do dyspozycji były dwa pasy nie była w stanie zdecydować się, który wybrać, jechała więc po prostu środkiem. Wszystko to z frustrującą prędkością dwudziestu mil na godzinę, bez szans jednak, żeby ją wyprzedzić – chaos i nieprzewidywalność jej jazdy kompletnie to uniemożliwiały.
Na koniec niemal zmiotła nas z ronda, odbijając od środka, przez wszystkie trzy pasy, żeby niespodziewanie skręcić na podjazd stacji benzynowej.
 
Jestem cierpliwym człowiekiem. Naprawdę. Rzadko „wychodzę z siebie”. Tym razem jednak byłam gotowa pobiec za nią i porządnie nią potrząsnąć. Nawrzeszczeć. Nawet kopnąć. Jeśli nie dziewczynę, to przynajmniej jej samochód.
Oczywiście, że tego nie zrobiłam. Po powrocie do domu zastosowałam techniki relaksacyjne w postaci kieliszka wina.
Pomogło.
 
Refleksja przyszła później.
Jeśli ktoś wyjeżdża wieczorem ze szpitalnego parkingu dla odwiedzających i zachowuje się jak pijany albo niespełna rozumu to wcale nie znaczy, że jest pijany albo niespełna rozumu. Może dla niego po prostu świat się skończył.
 
Bo czasami warto zobaczyć więcej niż kobietę nieznośnie ślimaczącą się przy sklepowej kasie. Albo osiłka bezmyślnie roztrącającego przechodniów na chodniku. Albo pijanego nastolatka na parkowej ławce.
 
Świat z reguły kończy się niezauważalnie dla postronnych.

You may also like

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *