Małe szczęście

Wczoraj Ray zapytał mnie, który okres mojego życia był najszczęśliwszy. I wiecie co? Nie miałam pojęcia co odpowiedzieć.
Po dłuższym namyśle i dość głębokiej analizie uznałam, że musiał to być okres, kiedy dziewczynki były jeszcze małe. Jakieś 12 – 15 lat temu. Miałam wszystko, a jeszcze więcej wszystkiego czekało za drzwiami, na wyciągnięcie ręki. „Wszystko” – oczywiście nie w znaczeniu materialnym. „Wszystko” – to co najważniejsze.
Problem w tym, że o tym nie wiedziałam. Problem w tym, że wydawało mi się, że wciąż jest jeszcze tyle rzeczy, których do szczęścia mi brakuje. Problem w tym, że byłam przekonana, że najpierw muszę osiągnąć te wszystkie cele, dotrzeć do tych wszystkich met. I to najlepiej pierwsza. Dopiero wtedy będę miała prawo powiedzieć, że jestem szczęśliwa.
Bo przecież mąż, który jest jednocześnie najlepszym przyjacielem, dwie mądre, dobre i perfekcyjnie nieidealne dziewczynki plus neurotyczny pies, to nie może być wszystko. Przecież musi być coś więcej. Coś co zachwyci świat, a przyjaciół i wrogów wprawi w osłupienie.
No więc – nie. Nie musi. Dziś już wiem.
Czy da się powiedzieć coś banalniejszego niż to, że często doceniamy to co mieliśmy, dopiero, gdy to stracimy? Pewnie się nie da. Rzecz w tym, że banały niekoniecznie są nieprawdziwe.
 
Małe, codzienne szczęście. Niepozorne. Aż wstyd powiedzieć: „Jestem szczęśliwa” kiedy masz tylko to. Tylko zwykłe, nieidealne życie. Bez wodotrysków.  Bez Mauritiusów, idealnych ud i kariery. Przecież ludzie będą patrzyli z politowaniem. „Cóż… Jej niewiele do szczęścia potrzeba”.
 
Tak, kiedyś byłam szczęśliwa. Nawet jeśli o tym nie wiedziałam – byłam szczęśliwa. Myślę, że dziś byłoby trochę inaczej, dziś bym wiedziała. Dziś powiedziałabym to na głos. Wszystkim razem i każdemu z osobna.
 
Wszystko się zmienia. Znów jestem szczęśliwa. Nie bardzo efektowne to szczęście. Wielu pogardliwie wydęłoby wargi. Wielu popatrzyłoby z politowaniem. „Phi – coś takiego nazywać szczęściem. Bez przesady”.
Nie szkodzi. Ja tak tu sobie zostanę z moim małym, zwykłym szczęściem. Z patrzeniem na ogród. Ze słuchaniem kosów. Z wieczornymi rozmowami do późna. Ze świadomością, że nie muszę być pierwsza na mecie. Ba, nawet nie muszę brać udziału w wyścigu.
Dałam sobie prawo do bycia szczęśliwą. Bez wyrzutów sumienia.
 
Ty też możesz. Serio.

You may also like

8 komentarzy

  1. Jak świetnie napisane! Ja teoretycznie wiem, że jestem bardzo szczęśliwa. Jakbym tak miała oceniać ogólnie, to na pewno bym tak odpowiedziała. Tylko że w tej całej codziennej gonitwie, malutkich stresach, martwieniu się o drobiazgi nie odczuwa się tego. Trudno odczuwać cały czas wielką radość przez male wkurzenia, drobne rozczarowania, zwykłe lęki o najbliższych. A dużo przez to się traci. Dobrze, jeśli choć czasem mozna się zatrzymać, złapać oddech, rozejrzeć dookoła i poczuć to szczęście. Uświadomić je sobie.

    1. Właśnie w tym chyba klucz: w tym oddechu, zatrzymaniu, spojrzeniu na siebie z boku. Dziś bardzo, bardzo zdaję sobie sprawę jak kruche może się okazać to nasze małe, zwykłe szczęście. Dlatego doceniam każdą chwilę.

  2. Niełatwo być szczęśliwym „tu i teraz” nawet, jak się żyje świadomie. Ja, niestety często zapominam, że powinienem się cieszyć tym, co dzieje się teraz. Na szczęście nauczyłem się sobie przypominać, co jakiś czas 🙂

  3. Właśnie powoli rezygnuję z wyścigu szczurów. Ciężko w nim o szczęście. Dużo więcej go w miejscach, które właśnie przez ten ciągły pęd nie doceniamy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *