Jak oswoić Londyn i dziwnego ptaka

Nigdy nie lubiłam Londynu.

Szczerze przyznaję: nigdy nie dałam mu szansy.

Ogromny, obcy, nieznany. Może nawet wrogi. Jak wszystkie inne wielkie metropolie.

Bo ja może i jestem dziewczyną z miasta, ale nie z takiego miasta. Zresztą… Niekoniecznie nazwałabym siebie dziewczyną z miasta. Ja jestem dziewczyną z osiedla. Z typowego blokowiska, które niby częścią miasta było, jednak z akcentem na „niby”. Moje osiedle było do miasta przyklejone. A raczej: doklejone. Do prawdziwego miasta trzeba było dojechać autobusem. Na obrzeża kilkanaście minut, a do centrum nawet kilkadziesiąt.

Trudno się więc dziwić, że miasta mnie onieśmielają. A wielkie, światowe metropolie wprost wprawiają w panikę. Czekam aż ktoś zauważy, że nie jestem stąd i zapyta co ja tu w ogóle robię.

Może to głupie i dziecinne, domyślam się jednak, że nie ja jedna tak mam. Nie tylko ja jedna jestem „nie na miejscu”. Wyrwana z kontekstu. Udająca (niekoniecznie świadomie) kogoś kim wcale nie jestem.

Co do Londynu jednak: nie miałam wyjścia. Musiałam go oswoić. Niekoniecznie na tyle, żeby jadł mi z ręki, ale przynajmniej zachowywał uprzejmą obojętność.

Mój pierwszy londyński dzień upłynął pod znakiem pociągów, przesiadek, przewalających się tłumów i szpitalnych korytarzy.

Drugiego dnia było już trochę lepiej. Oswajałam miasto powolutku. Jako dziewczyna z osiedla zaczęłam od malutkiego kawałeczka.

Na początek szpitalny dziedziniec. Skwer z fontanną i ławeczkami. Żółte, oszałamiająco pachnące róże. Widok na Westminster Bridge. Malutki skrawek London Eye. Nisko przelatujące samoloty. Mewa, która trafiła tu nie wiadomo skąd.

Mewa nurkuje w fontannie. Ja przyglądam się ludziom, piętrowym autobusom i chmurom. Obie trafiłyśmy tu przez przypadek. Obie oswajamy dla siebie maleńki kawałeczek wielkiego miasta.

I to jest dokładnie to co robię przez większość mojego życia. Niektórzy nazwaliby to pewnie marnowaniem okazji i traceniem szans. Przecież zamiast patrzeć na nurkującą mewę, mogłabym biegać po Londynie i zbierać materiały na co najmniej kilka wartościowych postów, a może nawet na jakiś artykuł prasowy.

Mojego pierwszego dnia w Londynie byłam przekonana, po raz kolejny, że wielkie miasta nie są dla takich dziewczyn z osiedla jak ja. Drugiego dnia znalazłam skwer z fontanną i widokiem na Westminster Bridge.

Być może wszystko da się oswoić. Trzeba tylko znaleźć swoją drogę, swój sposób, swój klucz.

Dla niektórych to będzie Oyster card, wygodne buty, Google Maps i bieganie od rana do wieczora. Dla mnie – skwerek przed szpitalem.

Wybaczcie wszystkie zdjęcia, których nie zrobiłam, zajęta przyglądaniem się ludziom i zawieraniem znajomości z dziwnym, złoto-brązowym ptakiem.

Zreszą, jestem przekonana, że Londyn zaliczył już wszelkie możliwe ujęcia i nie znajduję żadnego uzasadnienia do dokładania do nich jeszcze kilku moich.

Chętnie ujęłabym za to dziwnego, złoto-brązowego ptaka. Ten, niestety, zdecydowanie odmówił pozowania.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *