O tym jak (znowu) nie zbudowałam świata

Już nie pamiętam ile razy zaczynałam ten akapit. Za każdym razem coś było nie tak.

          Próbuję być jak Stephen King. Wyrzucić świat z głowy, żeby zrobić miejsce dla innego świata. Tego, który powinnam wymyślić, zbudować od podstaw.

          Podobno Stephen King wyrzuca świat z głowy codziennie. Na osiem godzin. Albo na osiem stron. Nie pamiętam dokładnie. Ale to i tak bez znaczenia, bo ja jestem beznadziejna w wyrzucaniu świata z głowy.

          Podobno bez tego nie da się zostać pisarzem. Rzeczywistość należy  wyssać, przeżuć, przetrawić. A potem wypluć i stworzyć swoją własną rzeczywistość.

          Solennie, w poczuciu misji, w przekonaniu o własnej ważności.

          Podobno należy odciąć się od wszelkich „przeszkadzajek”. Męża, dzieci, kota. Najlepiej w ogóle nie mieć męża, dzieci i kota.

          Podobno należy w siebie wierzyć. A jeszcze lepiej: być przekonanym o własnym geniuszu.

          Taki był mój ambitny plan na dziś.

          Rzecz w tym, że, jak zwykle, nie wyrzuciłam świata z głowy. Byłam… dość blisko. Potem jednak ktoś powiedział o trzydziestu dziewięciu ciałach w ciężarówce. Pies się obraził, bo nie przytulałam go wystarczająco długo. Ray uparł się, że muszę zobaczyć jak sąsiad myje dach. Ręcznie, pucując dachówkę za dachówką. (W sumie: po co wymyślać nowe światy, skoro w naszym ludzie ręcznie myją dachy?…)

          Wprowadziłam do planu drobne poprawki.

          Ja i świat zawarliśmy rozejm. Piszę. Tu pięć minut, tu kwadrans. Dzielę uwagę między psa, sąsiada i planowanie listy zakupów. W międzyczasie listonosz przynosi paczkę z książkami, a sąsiadka katalog Oriflame.

          Piszę. Dwanaście minut. Albo coś koło tego.

          Słucham wiadomości. Boris miota się z Brexitem. Ciała w ciężarówce – najprawdopodobniej z Bułgarii.

          Od czasu do czasu rzucam okiem na sąsiada. Telefon mam pod ręką – na wypadek, gdyby trzeba było wezwać karetkę.

          Pies patrzy z wyrzutem.

          Wzdycham.

          Przestaję pisać.

          Wychodzimy na spacer.

          Stephena Kinga ze mnie nie będzie.

You may also like

4 komentarze

  1. I chyba dobrze, bo wystarczy nam jeden Stephen King i jedna Alicja. Sama też nie wiem jak się udaje być pisarzem tak praktycznie, są przecież tacy co ciągle piszą i coś nowego wydają. Może mają całe stado tajnych asystentów schowanych w garażu, bo przecież jak żyć powiadam, gdy tyle wokół się dzieje a kolejny akapit czeka.
    Powodzenia 😘

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *